wtorek, 12 sierpnia 2008

inne życie? Warszawa i ja.

Pisząc to siedzę w pociągu i rozmyślam nad mijającym dniem (a zawodowo właściwie już zakończonym). Publikując go natomiast – będę już po tych przemyśleniach zapewne także.

Od kilku tygodni pracuję w Warszawie, dojeżdżając codziennie z Łodzi. Ile to się nie nasłuchałem wcześniej o tej złej, strasznej stolicy. Ludzie – niemalże monstra, które tylko czekają na mój błąd. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani (nie tylko fizycznie). To wszystko słyszałem wcześniej. Znacie mnie jednak na tyle, żeby wiedzieć, że takie gadanie jedynie mobilizuje mnie do tego, żeby spróbować…
Do tej pory znałem Warszawę tylko ze sporadycznych wizyt, najczęściej zawodowych i właśnie owych opowieści. Teraz, po kilku już tygodniach mogę jednoznacznie stwierdzić, że to, co wcześniej słyszałem to tylko bajki.
Jak w każdej bajce, tak i w tej jest źdźbło prawdy, tyle tylko, że owa prawda jest obecna w każdym większym mieście naszego kraju. Idąc według wcześniej wymienionej kolejności: ludzie – są i monstra, podobnie jak w Łodzi, którą znam od 25 lat swojego życia. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani – są owszem i tacy, ale nie tylko – znowu nic innego nie towarzyszy mi w moim rodzinnym mieście. Co do tych drugich, kierowców znaczy się, powiem więcej – nie powiem nigdy więcej, że Warszawiacy jeżdżą źle! Nigdzie nie spotkałem takiej kultury, jaką spotykam tutaj, a jeśli spryt i umiejętność współgrania na drodze nazywamy głupotą, to wybaczcie, ja się pod tą definicją nie podpisuję. Możecie teraz na mnie psioczyć, a proszę bardzo, że już mi w głowie się zakręciło, już mi stolica uderzyła… nic bardziej mylnego.
Ostatnie tygodnie pokazały mi jedynie, że słusznie postępuję, kiedy nie oceniam ludzi i rzeczy po pierwszych słowach czy czynach, a dopiero dokładnie ich/je poznając.
Ta zasada jest więc słuszną i nie zmienię jej :-)

Jest jednak coś, co odróżnia Warszawę znacząco w porównaniu do Łodzi – życie. Wiem, brzmi górnolotnie i bardzo ogólnikowo, ale właściwie zawiera wszystko, co mam na myśli. Tutaj tempo życia jest jakieś 4 razy większe niż w Łodzi; ludzie biegają, obijają torbami, laptopami i innymi sprawunkami. Najbardziej zaskakuje mnie jednak w tym wszystkim pewien porządek dnia, który zdaje się sprawdzać w przypadku każdego Warszawiaka - kawa, prasówka, praca, dom. Nie trzymam się jednak schematów, bo to błąd, więc nadmieniam to jedynie jako luźną myśl :-)
Życie jest jednak inne, bo w tym całym tempie i biegu jest czas na to, co najważniejsze – na zdrowie, jedzenie i życie.
Wyobrażacie sobie tłok w autobusie albo potrącenie się torbami na ulicy i uśmiech? Wyjątkowo życzliwe „przepraszam” z obu stron? Widzicie, a w Warszawie to jest, niemal zawsze – mimo tempa i pośpiechu…
Łodzianinem jednak się urodziłem i pozostanę – tego jestem pewien, ale warto zaczerpnąć od Warszawiaków tego, co dobre…

Wyszedł mi esej – ale mam nadzieję, że to wybaczycie :-)
Pozdrawiam kolejowo,
T.

P.S.
Urlop już za pasem, ale jakoś tak nie do końca się cieszę, miał być rodzinny, z Tatą też… ;-(

0 komentarze: