skryte zmienia adres zameldowania na:
piątek, 3 października 2008
poniedziałek, 29 września 2008
alarm!
Nie wiem właściwie… zupełnie nie wiem, co Wam napisać… Dlaczego? Bo znowu powiecie, że przesadzam albo coś w tym stylu… A mi jest źle :-(Kilka ostatnich dni było bardzo dziwnych – najpierw zawodowo miałem wrażenie, że nic nie znaczę i właściwie to „co ja tutaj robię”, a gdy już z tym było lepiej i znowu T. pokazał pazury w sytuacji właściwej, to walnęło się prywatnie :-(
Szczerze mówiąc chyba już nie mam na siebie lekarstwa. Nie wiem, co się dzieje, ale nic mi się nie chce, mam poczucie bezradności, bezsensu istnienia… do tego wszystkiego wciąż mocno mi brakuje Taty… wydawać się może inaczej, bo w końcu się uśmiecham, śmieję. Jednak w głębi duszy tak mocno mi go brakuje… Minęły już niemal 4 miesiące, a ja wciąż w to chyba nie wierzę… wizyty na cmentarzu mnie dobijają – czuję się, jak w innym świecie, jakbym śnił, a za chwilę miał się obudzić. Przechodzę przez bramę i… niestety nic się nie zmienia na lepsze :-(
Tak, wiem, to normalne i zdziwiłbym się, gdyby po pół roku pamięć po Tacie minęła. Nie minie nigdy, ale… jakoś mi z tym ciężko i nie chce być lżej. Chcę do niego chodzić, odwiedzać go i tak po prostu pogadać. Czasami sobie tłumaczę, że teraz mam takiego swojego orędownika tam na górze – trochę pomaga, co więcej czasami zdarzają się dziwne rzeczy wokół mnie… Nie wiem, czy mi wybaczył, bo miał co, jak każdy z nas, mam swoje winy, inaczej nie byłbym człowiekiem… tyle wątpliwości, pytań, domysłów… i brak choć jednej odpowiedzi… dlaczego tak musi być?! Dlaczego?! Czy kogoś interesuje to, że ja się na to nie zgadzam?! Mój protest to tylko płacz jednego z wielu – tak sądzę…
Dzisiaj minął kolejny dzień w pracy. Dzień, który zmartwił mnie jeszcze bardziej – nie rozbawiły mnie nawet rzeczy, które na co dzień nie mają z tym problemu! Sam pytam siebie „what;s going on?!”
Cały czas zrzucam na przesilenie jesienne, pogodę i takie tam inne, ale zaczynam się martwić, czy aby na pewno o to chodzi… :-(
Do tego muzyka… nie mam nastroju na nic innego, jak życiowe ballady, tragedie… NIE UMIEM TEGO PRZEŁAMAĆ! :-(
Znający się na rzeczy mówią, że to musi przeze mnie przejść, że minie, a moim zadaniem jest walczyć i pod żadnym pozorem się nie poddawać… staram się, kurcze, staram…
Mówią też, że to wina duszenia w sobie uczuć, żalu, płaczu przed pogrzebem i po nim… istotnie, to już bardziej wiarygodna teoria – nie chciałem płakać, słabnąć przy Mamie i Siostrze… udało się, ale teraz za to płacę? Może…
A może powinienem jednak przełamać swoje życie… zrobić coś, co od wielu miesięcy krąży mi po głowie, ale wciąż się obawiam? Może czas zmienić swoje życie…?
Z pozdrowieniami dla Was, Kochani,
T.
Szczerze mówiąc chyba już nie mam na siebie lekarstwa. Nie wiem, co się dzieje, ale nic mi się nie chce, mam poczucie bezradności, bezsensu istnienia… do tego wszystkiego wciąż mocno mi brakuje Taty… wydawać się może inaczej, bo w końcu się uśmiecham, śmieję. Jednak w głębi duszy tak mocno mi go brakuje… Minęły już niemal 4 miesiące, a ja wciąż w to chyba nie wierzę… wizyty na cmentarzu mnie dobijają – czuję się, jak w innym świecie, jakbym śnił, a za chwilę miał się obudzić. Przechodzę przez bramę i… niestety nic się nie zmienia na lepsze :-(
Tak, wiem, to normalne i zdziwiłbym się, gdyby po pół roku pamięć po Tacie minęła. Nie minie nigdy, ale… jakoś mi z tym ciężko i nie chce być lżej. Chcę do niego chodzić, odwiedzać go i tak po prostu pogadać. Czasami sobie tłumaczę, że teraz mam takiego swojego orędownika tam na górze – trochę pomaga, co więcej czasami zdarzają się dziwne rzeczy wokół mnie… Nie wiem, czy mi wybaczył, bo miał co, jak każdy z nas, mam swoje winy, inaczej nie byłbym człowiekiem… tyle wątpliwości, pytań, domysłów… i brak choć jednej odpowiedzi… dlaczego tak musi być?! Dlaczego?! Czy kogoś interesuje to, że ja się na to nie zgadzam?! Mój protest to tylko płacz jednego z wielu – tak sądzę…
Dzisiaj minął kolejny dzień w pracy. Dzień, który zmartwił mnie jeszcze bardziej – nie rozbawiły mnie nawet rzeczy, które na co dzień nie mają z tym problemu! Sam pytam siebie „what;s going on?!”
Cały czas zrzucam na przesilenie jesienne, pogodę i takie tam inne, ale zaczynam się martwić, czy aby na pewno o to chodzi… :-(
Do tego muzyka… nie mam nastroju na nic innego, jak życiowe ballady, tragedie… NIE UMIEM TEGO PRZEŁAMAĆ! :-(
Znający się na rzeczy mówią, że to musi przeze mnie przejść, że minie, a moim zadaniem jest walczyć i pod żadnym pozorem się nie poddawać… staram się, kurcze, staram…
Mówią też, że to wina duszenia w sobie uczuć, żalu, płaczu przed pogrzebem i po nim… istotnie, to już bardziej wiarygodna teoria – nie chciałem płakać, słabnąć przy Mamie i Siostrze… udało się, ale teraz za to płacę? Może…
A może powinienem jednak przełamać swoje życie… zrobić coś, co od wielu miesięcy krąży mi po głowie, ale wciąż się obawiam? Może czas zmienić swoje życie…?
Z pozdrowieniami dla Was, Kochani,
T.
piątek, 12 września 2008
optymistycznie pesymistyczny piątek
Jeśli powiem, że dzisiejszy dzień był dziwny, to i tak nie odda to tego, jak chciałbym go określić, niech więc będzie po najniższej linii oporu…
Zaczęło się straszliwie sennie – mgła na drodze, dzisiaj do pracy z kolegą autkiem, Łodzianin musiał obejść się bez nas… Łódź – Warszawa i niezwykle celne słowa B. „nudna ta droga”. Trudno się temu stwierdzeniu dziwić, ale po chwili zastanowiłem się nad tym, dlaczego akurat dzisiaj B. tak właśnie stwierdził… minęło… w firmie dzień zaczął się dość spokojnie, uśmiech Szefowej, który ładuje baterie. Usiadłem i standardowo „ALT + CTRL + DEL” na klawiaturze, hasło domenowe i już mam przed sobą pocztę… maile, maile… większość – „delete” (a jeszcze w lipcu były dla mnie jednymi z najważniejszych).
Wpadła MB – ta, która przeładowuje moje baterie i za co nigdy nie będę w stanie jej podziękować tak, żeby oddało to całą moją wdzięczność :-)
Chwila śmiechu… i dumania… wszystko w tym dniu byłoby bardzo fajne, gdyby nie jeden post na blogu Szefowej… przeczytałem go po 5 rano i do tej pory nie mogę odgonić od siebie myśli na jego temat… tak bardzo boję się, że słowa, które tam napisała dotyczą też mnie… a ja nie chcę już zmian, dopiero co przeszedłem jedną wielką, jeszcze się nie ułożyłem do końca, a Ona chyba szykuje mi/nam kolejną :-(
Tak mi z tym jakoś źle i smutno, ale nie chcę iść zapytać – dość, że w komentarzach mocno naciskałem, a przecież nie powinienem. Powie nam przecież… jak przyjdzie właściwy czas, czyli z moich dedukcji już całkiem niedługo. Chyba chciałbym już to usłyszeć, mieć za sobą… Nie wiem tylko, czy jeśli to zmiana, o której myślę, to ja jestem w stanie w firmie pozostać… Mam chyba dość zmian na jakiś czas. Stanowisko miłe mam, ale obowiązki dość zawiłe i bez Z. nie jestem chyba w stanie ich pociągnąć… Tak, wiem, nie mam przesądzone kto może być nowym, ale nie wierzę, że może być to ktoś lepszy do tej akurat pracy niż Z.
Nie wiem, mam nadzieję, że się mylę i wielkie zmiany, co do których Jej decyzje już zapadły, to nie to, co mam na myśli.
Te myśli tak naprawdę górowały i nadal będą górować nade mną – cóż, tak mam, że ludzie dla mnie ważni są w mojej głowie zawsze i wszędzie, a ich ewentualna utrata z otoczenia powoduje moją, w pewnym sensie, autodestrukcję.
Czekam więc na to, co usłyszę i czego się dowiem, a później będę się zastanawiał ewentualnie nad tym, gdzie jest moje miejsce… nie wiem, może przesadzam, nie wiem… martwię się jakoś i mi z tym źle :-(
Poza tym właściwie nie wiem co pisać, bo cały czas mnie trzyma to cholerne przeziębienie i chyba mam już i jego dosyć… :-/
…a post miał być optymistyczny – chyba nie wyszło, a bezsensu… :/
Zaczęło się straszliwie sennie – mgła na drodze, dzisiaj do pracy z kolegą autkiem, Łodzianin musiał obejść się bez nas… Łódź – Warszawa i niezwykle celne słowa B. „nudna ta droga”. Trudno się temu stwierdzeniu dziwić, ale po chwili zastanowiłem się nad tym, dlaczego akurat dzisiaj B. tak właśnie stwierdził… minęło… w firmie dzień zaczął się dość spokojnie, uśmiech Szefowej, który ładuje baterie. Usiadłem i standardowo „ALT + CTRL + DEL” na klawiaturze, hasło domenowe i już mam przed sobą pocztę… maile, maile… większość – „delete” (a jeszcze w lipcu były dla mnie jednymi z najważniejszych).
Wpadła MB – ta, która przeładowuje moje baterie i za co nigdy nie będę w stanie jej podziękować tak, żeby oddało to całą moją wdzięczność :-)
Chwila śmiechu… i dumania… wszystko w tym dniu byłoby bardzo fajne, gdyby nie jeden post na blogu Szefowej… przeczytałem go po 5 rano i do tej pory nie mogę odgonić od siebie myśli na jego temat… tak bardzo boję się, że słowa, które tam napisała dotyczą też mnie… a ja nie chcę już zmian, dopiero co przeszedłem jedną wielką, jeszcze się nie ułożyłem do końca, a Ona chyba szykuje mi/nam kolejną :-(
Tak mi z tym jakoś źle i smutno, ale nie chcę iść zapytać – dość, że w komentarzach mocno naciskałem, a przecież nie powinienem. Powie nam przecież… jak przyjdzie właściwy czas, czyli z moich dedukcji już całkiem niedługo. Chyba chciałbym już to usłyszeć, mieć za sobą… Nie wiem tylko, czy jeśli to zmiana, o której myślę, to ja jestem w stanie w firmie pozostać… Mam chyba dość zmian na jakiś czas. Stanowisko miłe mam, ale obowiązki dość zawiłe i bez Z. nie jestem chyba w stanie ich pociągnąć… Tak, wiem, nie mam przesądzone kto może być nowym, ale nie wierzę, że może być to ktoś lepszy do tej akurat pracy niż Z.
Nie wiem, mam nadzieję, że się mylę i wielkie zmiany, co do których Jej decyzje już zapadły, to nie to, co mam na myśli.
Te myśli tak naprawdę górowały i nadal będą górować nade mną – cóż, tak mam, że ludzie dla mnie ważni są w mojej głowie zawsze i wszędzie, a ich ewentualna utrata z otoczenia powoduje moją, w pewnym sensie, autodestrukcję.
Czekam więc na to, co usłyszę i czego się dowiem, a później będę się zastanawiał ewentualnie nad tym, gdzie jest moje miejsce… nie wiem, może przesadzam, nie wiem… martwię się jakoś i mi z tym źle :-(
Poza tym właściwie nie wiem co pisać, bo cały czas mnie trzyma to cholerne przeziębienie i chyba mam już i jego dosyć… :-/
…a post miał być optymistyczny – chyba nie wyszło, a bezsensu… :/
środa, 10 września 2008
bad day, but...
Niestety w tym roku jesienne wirusy i bakterie dopadły mnie wcześniej. Mam nadzieję, że podobnie, jak przez ostatnie 4 lata, skończy się na kilku dniach. Od wczoraj już wspieram mój układ odpornościowy farmaceutykami…
Być może przez powyższe, a być może nie, dzień dzisiejszy minął mi dość dziwnie. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy był dobry, czy zły, odpowiedziałbym jeszcze przed godziną 20, że był w miarę… W sumie sporo zrobiłem w pracy, pomogłem kilku osobom (co oczywiście naładowało mi dalej baterie). Zapytacie zapewne, cóż stało się po 20…
Otóż przeczytałem wpis na blogu…
Ja mam chyba naprawdę nie do końca równo pod sufitem, bo czy można uznać za normalne to, że przywiązuję się do ludzi w tempie ekspresowym (zakładając oczywiście, że zbudowali we mnie zaufanie do siebie)? Przekonałem się właśnie teraz, że tak właśnie jest. Myślałem, że autor, a właściwie autorka owego bloga to osoba, z którą łączą mnie relacje sucho zawodowe. Okazuje się jednak, że są one zawodowe, ale T oczywiście musi już chcieć pomagać, czuje się odpowiedzialny za całe zło świata (wyolbrzymiając temat). Chciałbym móc ot tak zarazić kogoś optymizmem, ale się da. Pozostaje mi więc być i starać się pokazać, że jestem i można na mnie liczyć. Przecież te przeciwności losu często ustępują po zmianie naszego nastawienia, czyż nie?
Sam nie wierzę, że nadal mam taką ideę. Nawet teraz, po 3 miesiące po śmierci Taty, ale on też zawsze pokazywał mi, że nasze nastawienie to wiele, bardzo wiele – tego się więc trzymam, bo to zdaje egzamin, nawet jeśli uważamy to za banalne gadanie. Wiara w tym wypadku rzeczywiście potrafi zdziałać cuda…
Znowu zakręciłem, widzicie, to te emocje, ale serio mi troszkę mina posmutniała, bo nie lubię, jak ludzie dla mnie ważni (bez względu na relacje) mają kiepski nastrój i humor, ale gór nie przestawię niestety :-(
Idę do łóżka, kurować się dalej…
Nie proście o adres bloga, o którym piszę - nie czuję się upoważniony do jego publikowania :-)
Być może przez powyższe, a być może nie, dzień dzisiejszy minął mi dość dziwnie. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy był dobry, czy zły, odpowiedziałbym jeszcze przed godziną 20, że był w miarę… W sumie sporo zrobiłem w pracy, pomogłem kilku osobom (co oczywiście naładowało mi dalej baterie). Zapytacie zapewne, cóż stało się po 20…
Otóż przeczytałem wpis na blogu…
Ja mam chyba naprawdę nie do końca równo pod sufitem, bo czy można uznać za normalne to, że przywiązuję się do ludzi w tempie ekspresowym (zakładając oczywiście, że zbudowali we mnie zaufanie do siebie)? Przekonałem się właśnie teraz, że tak właśnie jest. Myślałem, że autor, a właściwie autorka owego bloga to osoba, z którą łączą mnie relacje sucho zawodowe. Okazuje się jednak, że są one zawodowe, ale T oczywiście musi już chcieć pomagać, czuje się odpowiedzialny za całe zło świata (wyolbrzymiając temat). Chciałbym móc ot tak zarazić kogoś optymizmem, ale się da. Pozostaje mi więc być i starać się pokazać, że jestem i można na mnie liczyć. Przecież te przeciwności losu często ustępują po zmianie naszego nastawienia, czyż nie?
Sam nie wierzę, że nadal mam taką ideę. Nawet teraz, po 3 miesiące po śmierci Taty, ale on też zawsze pokazywał mi, że nasze nastawienie to wiele, bardzo wiele – tego się więc trzymam, bo to zdaje egzamin, nawet jeśli uważamy to za banalne gadanie. Wiara w tym wypadku rzeczywiście potrafi zdziałać cuda…
Znowu zakręciłem, widzicie, to te emocje, ale serio mi troszkę mina posmutniała, bo nie lubię, jak ludzie dla mnie ważni (bez względu na relacje) mają kiepski nastrój i humor, ale gór nie przestawię niestety :-(
Idę do łóżka, kurować się dalej…
Nie proście o adres bloga, o którym piszę - nie czuję się upoważniony do jego publikowania :-)
czwartek, 4 września 2008
krótko po urlopie.
Znowu przez pewien czas milczałem… zauważyłem chyba pewną prawidłowość. Polega ona na tym, że za każdym razem, jak napiszę Wam kilka słów, wyleję swoje myśli, żale czy cokolwiek innego, to przychodzi taki czas, który jest wyciszony. Trwa on do kolejnej burzy myśli i chęci napisania posta… Może tak właśnie jest? Nie wiem, ale też nie zastanawiam się nad tym specjalnie, bo przecież nie o to chodzi…
1. września, niczym porządny uczeń, wróciłem do obowiązków zawodowych. Dzisiaj mamy 4. września, a ja czuję się tak, jakby minęły co najmniej 3 tygodnie od mojego urlopu…
Normalnie powiedziałbym „koszmar”, ale nie powiem. Cały ten mały wir, który zdaje się nabierać sił, wciągnął mnie od początku, a więc jest mi z nim całkiem dobrze. Mam co prawda znowu wiele obaw, strach przed „poradzę sobie” i temu podobne, ale walczę i wierzę, że wywalczę!
Mam świetne zaplecze wsparcia – Szefowa, która daje mi wiele czasu na wszystko, boję się ją zawieźć, tego panicznie wręcz się boję. Są współpracownicy, którzy wspierają mnie, ale są i tacy, na których niestety muszę uważać. Chyba jednak nauczyłem się już właściwie ich rozdzielać.
Życie więc sobie biegnie – ale inaczej niż biegło. Dlaczego? Rano wstaję, wychodzę, jadę na dworzec, wsiadam w pociąg, wysiadam w innym świecie (pisałem Wam o tym). Później to samo, tylko w drugą stroną. Nawet nie wyobrażacie sobie, o ile bardziej taka różnica światów daje odpocząć! Pracując w Łodzi i mieszkając w Łodzi nie czułem większej różnicy – teraz ją czuję i widzę! To fascynujące i rewelacyjne!
Działam więc dalej – z niektórymi z Was widzę się już jutro (Boże, nie mogę się doczekać!!), pozdrowienia Wam ślę gorące,
Wasz t.
1. września, niczym porządny uczeń, wróciłem do obowiązków zawodowych. Dzisiaj mamy 4. września, a ja czuję się tak, jakby minęły co najmniej 3 tygodnie od mojego urlopu…
Normalnie powiedziałbym „koszmar”, ale nie powiem. Cały ten mały wir, który zdaje się nabierać sił, wciągnął mnie od początku, a więc jest mi z nim całkiem dobrze. Mam co prawda znowu wiele obaw, strach przed „poradzę sobie” i temu podobne, ale walczę i wierzę, że wywalczę!
Mam świetne zaplecze wsparcia – Szefowa, która daje mi wiele czasu na wszystko, boję się ją zawieźć, tego panicznie wręcz się boję. Są współpracownicy, którzy wspierają mnie, ale są i tacy, na których niestety muszę uważać. Chyba jednak nauczyłem się już właściwie ich rozdzielać.
Życie więc sobie biegnie – ale inaczej niż biegło. Dlaczego? Rano wstaję, wychodzę, jadę na dworzec, wsiadam w pociąg, wysiadam w innym świecie (pisałem Wam o tym). Później to samo, tylko w drugą stroną. Nawet nie wyobrażacie sobie, o ile bardziej taka różnica światów daje odpocząć! Pracując w Łodzi i mieszkając w Łodzi nie czułem większej różnicy – teraz ją czuję i widzę! To fascynujące i rewelacyjne!
Działam więc dalej – z niektórymi z Was widzę się już jutro (Boże, nie mogę się doczekać!!), pozdrowienia Wam ślę gorące,
Wasz t.
sobota, 23 sierpnia 2008
półmetek urlopu...
Pierwszy tydzień urlopu właśnie mija… przede mną jeszcze jeden. Chyba trochę żałuję, że nie wziąłem sobie jednak trzech tygodni wolnego…
To „żałowanie” to właściwie stały element corocznego wypoczynku, więc minie za kilka dni.
Standardowo: nie umiem do końca oderwać się od pracy, ale tym razem to już apogeum. Może wynika to z faktu, że od sierpnia zmieniłem stanowisko pracy, na takie, które mocno mnie kręci? Do tego przez pierwsze dwa tygodnie sierpnia moja Szefowa była na urlopie, a ja miałem do zrobienia coś nowego, innego – zrobiłem, Szefowa wróciła, ja poszedłem na urlop no i… niepewność; czy aby wszystko dobrze? W porządku? Wczoraj na szczęście dowiedziałem się, że jest ok. i – cytuję: „wypoczywaj, bo czeka cię pracowita jesień”.
Z jednej strony zmartwiłem się, myśląc: „o Boże, boję się”, ale już za chwilę pomyślałem „w końcu coś innego, bez monotonii i fajnie”. Wierzę, że tak będzie :-)
Sprawy zawodowe niemal załatwione, obiecałem sobie, że drugi tydzień urlopu będzie spokojniejszy… tego się trzymam i wyjeżdżam :-)Postaram się pisać i wstawiać fotki, ale wiecie… ;-)
Pozdrowienia,
Tomek
P.S.
Łódź znowu się burzy w powietrzu :-(
To „żałowanie” to właściwie stały element corocznego wypoczynku, więc minie za kilka dni.
Standardowo: nie umiem do końca oderwać się od pracy, ale tym razem to już apogeum. Może wynika to z faktu, że od sierpnia zmieniłem stanowisko pracy, na takie, które mocno mnie kręci? Do tego przez pierwsze dwa tygodnie sierpnia moja Szefowa była na urlopie, a ja miałem do zrobienia coś nowego, innego – zrobiłem, Szefowa wróciła, ja poszedłem na urlop no i… niepewność; czy aby wszystko dobrze? W porządku? Wczoraj na szczęście dowiedziałem się, że jest ok. i – cytuję: „wypoczywaj, bo czeka cię pracowita jesień”.
Z jednej strony zmartwiłem się, myśląc: „o Boże, boję się”, ale już za chwilę pomyślałem „w końcu coś innego, bez monotonii i fajnie”. Wierzę, że tak będzie :-)
Sprawy zawodowe niemal załatwione, obiecałem sobie, że drugi tydzień urlopu będzie spokojniejszy… tego się trzymam i wyjeżdżam :-)Postaram się pisać i wstawiać fotki, ale wiecie… ;-)
Pozdrowienia,
Tomek
P.S.
Łódź znowu się burzy w powietrzu :-(
sobota, 16 sierpnia 2008
wtorek, 12 sierpnia 2008
inne życie? Warszawa i ja.
Pisząc to siedzę w pociągu i rozmyślam nad mijającym dniem (a zawodowo właściwie już zakończonym). Publikując go natomiast – będę już po tych przemyśleniach zapewne także.
Od kilku tygodni pracuję w Warszawie, dojeżdżając codziennie z Łodzi. Ile to się nie nasłuchałem wcześniej o tej złej, strasznej stolicy. Ludzie – niemalże monstra, które tylko czekają na mój błąd. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani (nie tylko fizycznie). To wszystko słyszałem wcześniej. Znacie mnie jednak na tyle, żeby wiedzieć, że takie gadanie jedynie mobilizuje mnie do tego, żeby spróbować…
Do tej pory znałem Warszawę tylko ze sporadycznych wizyt, najczęściej zawodowych i właśnie owych opowieści. Teraz, po kilku już tygodniach mogę jednoznacznie stwierdzić, że to, co wcześniej słyszałem to tylko bajki.
Jak w każdej bajce, tak i w tej jest źdźbło prawdy, tyle tylko, że owa prawda jest obecna w każdym większym mieście naszego kraju. Idąc według wcześniej wymienionej kolejności: ludzie – są i monstra, podobnie jak w Łodzi, którą znam od 25 lat swojego życia. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani – są owszem i tacy, ale nie tylko – znowu nic innego nie towarzyszy mi w moim rodzinnym mieście. Co do tych drugich, kierowców znaczy się, powiem więcej – nie powiem nigdy więcej, że Warszawiacy jeżdżą źle! Nigdzie nie spotkałem takiej kultury, jaką spotykam tutaj, a jeśli spryt i umiejętność współgrania na drodze nazywamy głupotą, to wybaczcie, ja się pod tą definicją nie podpisuję. Możecie teraz na mnie psioczyć, a proszę bardzo, że już mi w głowie się zakręciło, już mi stolica uderzyła… nic bardziej mylnego.
Ostatnie tygodnie pokazały mi jedynie, że słusznie postępuję, kiedy nie oceniam ludzi i rzeczy po pierwszych słowach czy czynach, a dopiero dokładnie ich/je poznając.
Ta zasada jest więc słuszną i nie zmienię jej :-)
Jest jednak coś, co odróżnia Warszawę znacząco w porównaniu do Łodzi – życie. Wiem, brzmi górnolotnie i bardzo ogólnikowo, ale właściwie zawiera wszystko, co mam na myśli. Tutaj tempo życia jest jakieś 4 razy większe niż w Łodzi; ludzie biegają, obijają torbami, laptopami i innymi sprawunkami. Najbardziej zaskakuje mnie jednak w tym wszystkim pewien porządek dnia, który zdaje się sprawdzać w przypadku każdego Warszawiaka - kawa, prasówka, praca, dom. Nie trzymam się jednak schematów, bo to błąd, więc nadmieniam to jedynie jako luźną myśl :-)
Życie jest jednak inne, bo w tym całym tempie i biegu jest czas na to, co najważniejsze – na zdrowie, jedzenie i życie.
Wyobrażacie sobie tłok w autobusie albo potrącenie się torbami na ulicy i uśmiech? Wyjątkowo życzliwe „przepraszam” z obu stron? Widzicie, a w Warszawie to jest, niemal zawsze – mimo tempa i pośpiechu…
Łodzianinem jednak się urodziłem i pozostanę – tego jestem pewien, ale warto zaczerpnąć od Warszawiaków tego, co dobre…
Wyszedł mi esej – ale mam nadzieję, że to wybaczycie :-)
Od kilku tygodni pracuję w Warszawie, dojeżdżając codziennie z Łodzi. Ile to się nie nasłuchałem wcześniej o tej złej, strasznej stolicy. Ludzie – niemalże monstra, które tylko czekają na mój błąd. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani (nie tylko fizycznie). To wszystko słyszałem wcześniej. Znacie mnie jednak na tyle, żeby wiedzieć, że takie gadanie jedynie mobilizuje mnie do tego, żeby spróbować…
Do tej pory znałem Warszawę tylko ze sporadycznych wizyt, najczęściej zawodowych i właśnie owych opowieści. Teraz, po kilku już tygodniach mogę jednoznacznie stwierdzić, że to, co wcześniej słyszałem to tylko bajki.
Jak w każdej bajce, tak i w tej jest źdźbło prawdy, tyle tylko, że owa prawda jest obecna w każdym większym mieście naszego kraju. Idąc według wcześniej wymienionej kolejności: ludzie – są i monstra, podobnie jak w Łodzi, którą znam od 25 lat swojego życia. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani – są owszem i tacy, ale nie tylko – znowu nic innego nie towarzyszy mi w moim rodzinnym mieście. Co do tych drugich, kierowców znaczy się, powiem więcej – nie powiem nigdy więcej, że Warszawiacy jeżdżą źle! Nigdzie nie spotkałem takiej kultury, jaką spotykam tutaj, a jeśli spryt i umiejętność współgrania na drodze nazywamy głupotą, to wybaczcie, ja się pod tą definicją nie podpisuję. Możecie teraz na mnie psioczyć, a proszę bardzo, że już mi w głowie się zakręciło, już mi stolica uderzyła… nic bardziej mylnego.
Ostatnie tygodnie pokazały mi jedynie, że słusznie postępuję, kiedy nie oceniam ludzi i rzeczy po pierwszych słowach czy czynach, a dopiero dokładnie ich/je poznając.
Ta zasada jest więc słuszną i nie zmienię jej :-)
Jest jednak coś, co odróżnia Warszawę znacząco w porównaniu do Łodzi – życie. Wiem, brzmi górnolotnie i bardzo ogólnikowo, ale właściwie zawiera wszystko, co mam na myśli. Tutaj tempo życia jest jakieś 4 razy większe niż w Łodzi; ludzie biegają, obijają torbami, laptopami i innymi sprawunkami. Najbardziej zaskakuje mnie jednak w tym wszystkim pewien porządek dnia, który zdaje się sprawdzać w przypadku każdego Warszawiaka - kawa, prasówka, praca, dom. Nie trzymam się jednak schematów, bo to błąd, więc nadmieniam to jedynie jako luźną myśl :-)
Życie jest jednak inne, bo w tym całym tempie i biegu jest czas na to, co najważniejsze – na zdrowie, jedzenie i życie.
Wyobrażacie sobie tłok w autobusie albo potrącenie się torbami na ulicy i uśmiech? Wyjątkowo życzliwe „przepraszam” z obu stron? Widzicie, a w Warszawie to jest, niemal zawsze – mimo tempa i pośpiechu…
Łodzianinem jednak się urodziłem i pozostanę – tego jestem pewien, ale warto zaczerpnąć od Warszawiaków tego, co dobre…
Wyszedł mi esej – ale mam nadzieję, że to wybaczycie :-)
Pozdrawiam kolejowo,
T.
P.S.
Urlop już za pasem, ale jakoś tak nie do końca się cieszę, miał być rodzinny, z Tatą też… ;-(
T.
P.S.
Urlop już za pasem, ale jakoś tak nie do końca się cieszę, miał być rodzinny, z Tatą też… ;-(
środa, 6 sierpnia 2008
nowe i ja...

Podsumowując pierwsze dni nowej pracy i nowych obowiązków mógłbym powiedzieć… a właściwie nie mógłbym powiedzieć w dwóch słowach.
Niby ta sama firma, a tak inaczej – do tego pory pracowałem z dala od Wielkiego Świata Tej Firmy, teraz jestem tuż obok. Czy to minus? Nie sądzę. Ogólnie mijają sobie po kolei dni, mam sporo na głowie, ale wszystko jakieś takie bliskie mi się wydaje. Oby tylko mnie to nie zgubiło. Moja Szefowa na urlopie, a zaraz potem idę na urlop ja sam. To mobilizuje do działania i samodzielności. Dumne obowiązki i projekty, ale i ogromna odpowiedzialność. W końcu zawsze lubiłem wyzwania, prawda?
Dzisiaj na przykład pierwszy raz wymieniłem kilka maili w sprawach zawodowych z osobami z daleka. Bałem się tego nieszczęsnego angielskiego i okazało się, że… dobrze idzie nam dogadywanie się mailami. Kolejny kamyczek na szalę „jest ok., mogę czuć się spokojnie”.
Moja czujność jednak nie zasypia, bo w końcu może to być jedynie mała zmyłka, a takiej wpadki nie chcemy.
Teraz czuję sens biznesowy – spotkania, Outlook i inne kalendarze to rzecz właściwie niezbędna w codziennej pracy (kiedyś mnie to bawiło, a teraz proszę…).
Chciałbym – przyznaję, że zachęcony – zwiedzić kawałek stolicy, która niby obca do końca mi nie jest, ale jednak kryje mnóstwo tajemnic i ciekawych miejsc. Nie znam ich wszystkich, ale to też mobilizacja do zmiany tego stanu rzeczy.
Wiem jedno – minęło półtora tygodnia, a ja:
1. później wychodzę i wcześniej wracam do domu
2. podróż trwa o 17 minut więcej niż poprzednio
3. mam na sobie ogromną odpowiedzialność, ale i mobilizację i w efekcie spokojniejszą i 4. wyrównaną pracę (za niczym nie trzeba gonić, zero monotonii)
Możecie mówić, że to efekt chwilowy, ale mi z nim dobrze i wierzę, że tak pozostanie.Z takimi współpracownikami i Szefostwem – aż się chce.
Trzymajcie się,
W nastroju mocno przedurlopowym,
T. :-)
Niby ta sama firma, a tak inaczej – do tego pory pracowałem z dala od Wielkiego Świata Tej Firmy, teraz jestem tuż obok. Czy to minus? Nie sądzę. Ogólnie mijają sobie po kolei dni, mam sporo na głowie, ale wszystko jakieś takie bliskie mi się wydaje. Oby tylko mnie to nie zgubiło. Moja Szefowa na urlopie, a zaraz potem idę na urlop ja sam. To mobilizuje do działania i samodzielności. Dumne obowiązki i projekty, ale i ogromna odpowiedzialność. W końcu zawsze lubiłem wyzwania, prawda?
Dzisiaj na przykład pierwszy raz wymieniłem kilka maili w sprawach zawodowych z osobami z daleka. Bałem się tego nieszczęsnego angielskiego i okazało się, że… dobrze idzie nam dogadywanie się mailami. Kolejny kamyczek na szalę „jest ok., mogę czuć się spokojnie”.
Moja czujność jednak nie zasypia, bo w końcu może to być jedynie mała zmyłka, a takiej wpadki nie chcemy.
Teraz czuję sens biznesowy – spotkania, Outlook i inne kalendarze to rzecz właściwie niezbędna w codziennej pracy (kiedyś mnie to bawiło, a teraz proszę…).
Chciałbym – przyznaję, że zachęcony – zwiedzić kawałek stolicy, która niby obca do końca mi nie jest, ale jednak kryje mnóstwo tajemnic i ciekawych miejsc. Nie znam ich wszystkich, ale to też mobilizacja do zmiany tego stanu rzeczy.
Wiem jedno – minęło półtora tygodnia, a ja:
1. później wychodzę i wcześniej wracam do domu
2. podróż trwa o 17 minut więcej niż poprzednio
3. mam na sobie ogromną odpowiedzialność, ale i mobilizację i w efekcie spokojniejszą i 4. wyrównaną pracę (za niczym nie trzeba gonić, zero monotonii)
Możecie mówić, że to efekt chwilowy, ale mi z nim dobrze i wierzę, że tak pozostanie.Z takimi współpracownikami i Szefostwem – aż się chce.
Trzymajcie się,
W nastroju mocno przedurlopowym,
T. :-)
piątek, 1 sierpnia 2008
od dziś komunikuję i wyzwania podejmuję
Stało się… mamy 1. sierpnia 2008. Dzień ten na pewno zapisze się w mojej pamięci. Dlaczego? O zmianach pisałem i choć właściwie trwają już od poniedziałku, a właściwie to nawet wcześniej, to jednak dziś dopiero formalnie stały się faktem.
Dostałem projekty, zadania – już mnie wciągnęły, polubiłem je i wierzę, że tak samo będzie z ich realizacją. Zanim jednak do realizacji przejdziemy, czas zrobić plan działań i to moje zadanie na start. Poznaję tematy i ten świat, czas pokaże, czy moja intuicja wciąż ma rację :-)
Obawy wciąż są, ale wiem, że w Tych, którzy mi zaufali mam wsparcie i pomoc nawet wtedy, kiedy coś pójdzie nie tak, jak trzeba na starcie.
Gdyby kiedyś zdarzyło się, że właśnie Ty, Droga Szefowo, trafisz na te słowa (blog bez promocji z założenia, ale kto wie, kto wie czy los nie będzie tak chciał), to chcę podziękować raz jeszcze za zaufanie, szansę i obiecuję zrobić wszystko, by nie zawieść i pokazać, że potrafimy więcej niż wielu sądzi. :-)
Z pozdrowieniami,
Zaaferowany pozytywnie, T.
Dostałem projekty, zadania – już mnie wciągnęły, polubiłem je i wierzę, że tak samo będzie z ich realizacją. Zanim jednak do realizacji przejdziemy, czas zrobić plan działań i to moje zadanie na start. Poznaję tematy i ten świat, czas pokaże, czy moja intuicja wciąż ma rację :-)
Obawy wciąż są, ale wiem, że w Tych, którzy mi zaufali mam wsparcie i pomoc nawet wtedy, kiedy coś pójdzie nie tak, jak trzeba na starcie.
Gdyby kiedyś zdarzyło się, że właśnie Ty, Droga Szefowo, trafisz na te słowa (blog bez promocji z założenia, ale kto wie, kto wie czy los nie będzie tak chciał), to chcę podziękować raz jeszcze za zaufanie, szansę i obiecuję zrobić wszystko, by nie zawieść i pokazać, że potrafimy więcej niż wielu sądzi. :-)
Z pozdrowieniami,
Zaaferowany pozytywnie, T.
czwartek, 24 lipca 2008
zmian czas...
Okazuje się, że warto wierzyć. Stało się to, co – w moim odczuciu – było nieosiągalne dla mnie. Ktoś ważny dla mnie, uwierzył we mnie. A ja muszę zrobić wszystko, by nie zawieść.
Czas więc dokonać zmiany… zawodowe głównie. Zwrot o 180 stopni, inne obowiązki, niezwykle ciekawe. Ogromne wyzwanie i ogromna szansa. Jednocześnie nieodparte uczucie strachu, obawy czy na pewno dam radę. Powiedzcie, że to normalne…
W każdym razie bardzo się cieszę, mam szansę pracować tu, gdzie pracować chciałem, robić to, co lubię. Jestem zafascynowany, zdenerwowany i… potrzebuję czasu :)
Stres mobilizuje – mam nadzieję, że ja szybko się z tym oswoję i mnie też będzie mobilizował. Tak bardzo nie chcę zawieść i zrobię wszystko, by tak było!
Do końca więc wierzcie nawet w to, co wydaje się być nieosiągalnym, bo wcale nie jest tak, że tego się nie da. Szansa jest zawsze, a od nas samych wiele zależy…
Czas więc dokonać zmiany… zawodowe głównie. Zwrot o 180 stopni, inne obowiązki, niezwykle ciekawe. Ogromne wyzwanie i ogromna szansa. Jednocześnie nieodparte uczucie strachu, obawy czy na pewno dam radę. Powiedzcie, że to normalne…
W każdym razie bardzo się cieszę, mam szansę pracować tu, gdzie pracować chciałem, robić to, co lubię. Jestem zafascynowany, zdenerwowany i… potrzebuję czasu :)
Stres mobilizuje – mam nadzieję, że ja szybko się z tym oswoję i mnie też będzie mobilizował. Tak bardzo nie chcę zawieść i zrobię wszystko, by tak było!
Do końca więc wierzcie nawet w to, co wydaje się być nieosiągalnym, bo wcale nie jest tak, że tego się nie da. Szansa jest zawsze, a od nas samych wiele zależy…
wtorek, 22 lipca 2008
tak bardzo bym chciał...
Ile razy czegoś pragniemy? Ile razy chcemy, aby właśnie to się spełniło? Często w takich chwilach przychodzi nam na myśl jedno: przecież ja chcę tak niewiele, tak rzadko o coś proszę, a na tym tak mocno mi zależy. To znowu pokazuje nasz egoizm, bo przecież waga sprawy jest zależna od sytuacji, prawda? Znowu trzeba się zastanowić, czy to wszystko, co jest naszym pragnieniem, jest nam tak mocno potrzebne? Czy faktycznie bez tego nie możemy żyć?
A ja mam teraz jedną taką prośbę, pomijając inne, które walczą w mojej głowie o laur pierwszeństwa. Ta jednak prośba jest przyziemną – i to nie egoistyczne podejście z mojej strony, ale mocne pragnienie powodzenia zawodowego. Chciałbym przejść już tą zmianę, do której drzwi mam wciąż otwarte. Do drzwi tych jednak prowadzi droga z bramą, zamkniętą bramą. Klucz do niej dzierży w dłoni ktoś inny, kto bramę otworzy – dla mnie lub dla kogoś innego. Tak bardzo pragnę być tym, który przez nią przejdzie i zacznie to nowe…
Pragnienie i chęć posiadania – każdy ma do nich prawo, ale pamiętajmy, że sami na świecie nie jesteśmy. Jakże nudno byłoby, gdybyśmy mieli wszystko na wyciągnięcie ręki? Po co? Lepiej o coś się postarać – wtedy zdobyte zwycięstwo smakuje najlepiej.
A ja mam teraz jedną taką prośbę, pomijając inne, które walczą w mojej głowie o laur pierwszeństwa. Ta jednak prośba jest przyziemną – i to nie egoistyczne podejście z mojej strony, ale mocne pragnienie powodzenia zawodowego. Chciałbym przejść już tą zmianę, do której drzwi mam wciąż otwarte. Do drzwi tych jednak prowadzi droga z bramą, zamkniętą bramą. Klucz do niej dzierży w dłoni ktoś inny, kto bramę otworzy – dla mnie lub dla kogoś innego. Tak bardzo pragnę być tym, który przez nią przejdzie i zacznie to nowe…
Pragnienie i chęć posiadania – każdy ma do nich prawo, ale pamiętajmy, że sami na świecie nie jesteśmy. Jakże nudno byłoby, gdybyśmy mieli wszystko na wyciągnięcie ręki? Po co? Lepiej o coś się postarać – wtedy zdobyte zwycięstwo smakuje najlepiej.
sobota, 19 lipca 2008
"zupełny brak wychowania"...
Zgodzicie się, że najczęściej słyszymy te słowa pod adresem – jakże agresywnej w oczach niektórych – młodzieży. Nie wiem, kiedy kończy się należeć do szanownego grona młodzieży, ale jakoś wciąż się w nim widzę i strasznie agresywny się robię w sytuacji, kiedy słyszę właśnie takie słowa pod adresem owej młodzieży. W ogóle uważam, że generalizowanie to błąd, a osoby je stosujące są najzwyczajniej mocno leniwi. Swoją drogą, ciekawe jak czują się, gdy to oni są wrzucani do jednego worka z innymi, niekoniecznie najlepszymi (…). Nie o tym jednak chciałem…
Dzisiaj po raz kolejny (niestety) miałem okazję przekonać się, jak bardzo starsze pokolenia są niewychowane… Bezczelne kłamanie w oczy, wpychanie się w kolejkę… ot to tylko garstka tego, co miałem okazję przeżyć dzisiaj w jednym z hipermarketów.
Znacie mnie, nie dałem spokoju… mówiąc dość głośno, raczyłem „przypomnieć” pewnej pani (na oko jakieś 55 lat), że to nie jest kulturalne tak bez pytania wpychać się w kolejkę. Słyszę na to „ja tu stałam”. Odparłem, że to niemożliwe, bo stoję tu długo i nie było jej w kolejce. Gdybyście usłyszeli to, co mi odpowiedziała… ja skromnie odparłem jedynie – w obecności już szerszego grona klientów hipermarketu – „to właśnie dowód na ten brak wychowania całej młodzieży w tym kraju, dowód na to, że to młodzież jest niewychowana i strach się jej bać. Ale w sumie to może dla pani komplement, bo może się pani do młodzieży zaliczyć w takich okolicznościach”. Owa „dama” poczerwieniała i odparła… „ktoś tą młodzież musiał wychować”. Na to czekałem – dodałem więc „właśnie, ciekawe, czy ma pani dzieci…”. Temat uciąłem, bo mocno emocjonalnie do tego podchodzę…
Wiecie co było najmilsze? Reakcja ludzi stojących obok. Byli w różnym wieku, ale widziałem wręcz uśmiech na ich twarzach, a słyszałem „dobrze powiedział”…
Po prostu bezczelności nie zniosę…
Zanim więc zaczniecie generalizować i mówić o wszystkich tak samo, pomyślcie o sobie, jak o części tych wszystkich… Starajmy się patrzeć na innych, jak na ludzi, a nie jedno z ziarenek piasku na pustyni...
Wciąż walczący ze sobą i starający się złapać równowagę :(,
T.
Dzisiaj po raz kolejny (niestety) miałem okazję przekonać się, jak bardzo starsze pokolenia są niewychowane… Bezczelne kłamanie w oczy, wpychanie się w kolejkę… ot to tylko garstka tego, co miałem okazję przeżyć dzisiaj w jednym z hipermarketów.
Znacie mnie, nie dałem spokoju… mówiąc dość głośno, raczyłem „przypomnieć” pewnej pani (na oko jakieś 55 lat), że to nie jest kulturalne tak bez pytania wpychać się w kolejkę. Słyszę na to „ja tu stałam”. Odparłem, że to niemożliwe, bo stoję tu długo i nie było jej w kolejce. Gdybyście usłyszeli to, co mi odpowiedziała… ja skromnie odparłem jedynie – w obecności już szerszego grona klientów hipermarketu – „to właśnie dowód na ten brak wychowania całej młodzieży w tym kraju, dowód na to, że to młodzież jest niewychowana i strach się jej bać. Ale w sumie to może dla pani komplement, bo może się pani do młodzieży zaliczyć w takich okolicznościach”. Owa „dama” poczerwieniała i odparła… „ktoś tą młodzież musiał wychować”. Na to czekałem – dodałem więc „właśnie, ciekawe, czy ma pani dzieci…”. Temat uciąłem, bo mocno emocjonalnie do tego podchodzę…
Wiecie co było najmilsze? Reakcja ludzi stojących obok. Byli w różnym wieku, ale widziałem wręcz uśmiech na ich twarzach, a słyszałem „dobrze powiedział”…
Po prostu bezczelności nie zniosę…
Zanim więc zaczniecie generalizować i mówić o wszystkich tak samo, pomyślcie o sobie, jak o części tych wszystkich… Starajmy się patrzeć na innych, jak na ludzi, a nie jedno z ziarenek piasku na pustyni...
Wciąż walczący ze sobą i starający się złapać równowagę :(,
T.
środa, 9 lipca 2008
mijając siebie
Kolejny tydzień na półmetku... ale nie o tym chciałem, bo jak zacznę odliczać tygodnie, to będę je odliczał albo od 9. czerwca 2008 albo od 12. dnia tegoż miesiąca... :-( inaczej nie umiem... przynajmniej teraz, może kiedyś...
Dzisiaj dowiedziałem się, że z ostatnich badań (ehh, jak ja lubię te globalne badania...) wynika, iż to właśnie środa jest najbardziej depresyjnym dniem tygodnia, a nie - jak powszechnie się przyjęło - poniedziałek. Jakoże lubię czasami nad takimi rzeczami sobie powisieć i się zastanowić, zacząłem lekko analizować owe wyniki badań.
Doskonale wiecie, że przeciwnik generalizowania ze mnie wielki, więc moje analizy sprowadziły się do mnie samego i mojego otoczenia, z którym spędzam te każde środy. Co się okazało? Że te badania to mają sporo prawdy w sobie. W poniedziałki bowiem często wspominamy weekend, a to marudzenie przysłaniane jest tym, co miłego przeżyliśmy przecież jeszcze kilka godzin wcześniej. Poza tym poniedziałkowe gadanie to nic innego, jak forma złapania kontaktu, która - nie oszukujmy się - najczęściej kończy się śmiechem. Środa to coś innego... Tutaj już nie wspominamy, bo przecież minęły już dwa dni, a o kolejnym weekendzie strach myśleć - przed nami bowiem bagatela cały czwartek i piątek w pracy...
Wyczuliście już ironię? I słusznie... Po co się zamartwiać i zastanawiać nad takimi rzeczami? Ja wiem jedno - z tymi, których mam obok siebie, a którzy dają mi siłę, przetrwam każdy poniedziałek i każdą środę i każdy inny dzień tygodnia też. Zabawne, że w obliczu wojen, biedy, głodu i kataklizmów, są ludzie, którzy martwią się tym, czy bardziej depresyjnym dniem tygodnia jest poniedziałek, czy może środa.
W świetle więc całości tych jakże przejmujących badań, przeżyłem kolejny dzień, który do najłatwiejszych nie należał... Nie umiem nie myśleć i chyba nie chcę, ale chciałbym czuć już inaczej, ale też nie umiem.
Całościowo zawodowo nie było też kolorowo (bez obaw, rym przypadkowy). Przerażony jestem nieodpowiedzialnością ludzi. Tym, jak potrafią bezczelnie łamać dane im zaufanie... zapominają chyba, że ten kredyt kiedyś się skończy, a spłata będzie boleć bardzo mocno, ale cóż... dla nich najważniejsza jest kasa, niech dalej tak myślą...
Chaotycznie jak zawsze i kryjąc sens między wierszami,
pozdrawiam Was serdecznie
wieczorem w środę, burzową i gradem bijącą.
T.
wtorek, 8 lipca 2008
poniedziałek, 7 lipca 2008
O wiekach pisałem...
...a tu kolejne minęły...
musicie wybaczyć...
właściwie to nie napiszę znowu nic dobrego... bo i zbyt wiele takowego nie spotkało mnie od maja.
Faktem jest, że zapamiętujemy to, co złe, a to co dobre idzie w niepamięć. Żebym nie wiem, jak bardzo chciał, nie jestem w stanie w optymistycznym tonie napisać o tym, co dobre było.
Zawodowo - kręci się, idzie sobie dalej, z dnia na dzień... niestety coraz częściej odczuwam monotonię. Niemniej jednak kręci się też pozytywnie - może czas na zmiany? Te gdzieś sobie krążą wokół i sam już nie wiem, czy bronię się przed nimi, czy też szukam dziury w całym. Jak zawsze emocjonalnie podchodzę do tematu, na zasadzie "ptasiek nie chce zmieniać gniazdka, bo mu tu dobrze". Tak, tak, wiem... zmiana nie oznacza nowego świata. Zobaczymy, co będzie dalej... czas pokaże... a jak zmiana okaże się blefem...??
Prywatnie - tu gorzej - sami zresztą w większości wiecie... Chyba nie czuję się jeszcze na siłach tak łatwo o tym mówić. Brakuje mi Go, brakuje każdego dnia :(
musicie wybaczyć...
właściwie to nie napiszę znowu nic dobrego... bo i zbyt wiele takowego nie spotkało mnie od maja.
Faktem jest, że zapamiętujemy to, co złe, a to co dobre idzie w niepamięć. Żebym nie wiem, jak bardzo chciał, nie jestem w stanie w optymistycznym tonie napisać o tym, co dobre było.
Zawodowo - kręci się, idzie sobie dalej, z dnia na dzień... niestety coraz częściej odczuwam monotonię. Niemniej jednak kręci się też pozytywnie - może czas na zmiany? Te gdzieś sobie krążą wokół i sam już nie wiem, czy bronię się przed nimi, czy też szukam dziury w całym. Jak zawsze emocjonalnie podchodzę do tematu, na zasadzie "ptasiek nie chce zmieniać gniazdka, bo mu tu dobrze". Tak, tak, wiem... zmiana nie oznacza nowego świata. Zobaczymy, co będzie dalej... czas pokaże... a jak zmiana okaże się blefem...??
Prywatnie - tu gorzej - sami zresztą w większości wiecie... Chyba nie czuję się jeszcze na siłach tak łatwo o tym mówić. Brakuje mi Go, brakuje każdego dnia :(
Banalne, jak dopiero w takich chwilach potrafi się docenić ludzi :(
Tyle chciałbym mu powiedzieć, przeprosić, zrobić... teraz już nie mam szans.
Chociaż minęło już troszkę czasu, nigdy nie będzie go dość, pozostały wspomnienia, zdjęcia... i wizyty, które tak bolą.
Jak inaczej patrzy się na świat, wartości, bliskich i ludzi...
Staram się śmiać, ale ta skorupka nie powoduje ułatwienia w środku...
Czas leczy rany? Może, ale na pewno nie zbyt szybko...
cya next time.
wtorek, 6 maja 2008
Wieki...
Wieki minęły...? Czy tylko mi się wydaje?
Musicie wybaczyć, zresztą i tak wszystko wiecie. Co się dzieje, gdzie się dzieje... i te takie wszystkie inne :-)
Cieszę się, że R już jest z nami - Chłopaku razem nic nie jest w stanie nas złamać, czyż nie? :-)
Wiele się wydarzyło... były dylematy, moralne rozmowy, dwuznaczne maile... imprezy też.
Niestety chyba przekonałem się (i znowu trzeba użyć słowa 'niestety') po raz kolejny, że część tego gatunku ludzkiego to czyści materialiści. Dlaczego właściwie mówi się "czyści"? Przecież to najbrudniejsi z nas wszystkich... Są mili, żartobliwi, wszystko im pasuje, śmieją się, chcą nas kupić... ale mają cel jeden - swój własny zakichany interes. O nie... nie ze mną te numery, za dużo już przeżyłem :-) Więc jeśli ktoś myśli, że uda się mu mnie kupić - myli się sromotnie i zapewne prędzej czy później boleśnie się o tym przekona :-)
Tak, Moi Drodzy, poza Wami niestety znalazł się taki jeden, co to niby miły i w ogóle, ale okazało się, że tylko dla własnego interesu... UPS! Nie udało mu się :-))
Dobrze, że nauczyłem się trzymać zaufanie dla niewielu, o jak dobrze...
Poza tym była Eska Music Awards jak wiecie... dzień bardzo męczący, bo już od południa wśród VIPów i gwiazd :-) bynajmniej nie dlatego był męczący. Było miło, wszystkie sprawy załatwione i nie bądźcie juz zazdrośni o Mansa i Piotrka :-) O Patrycję też nie :-)
Was nikt nie zastąpi i wiecie o tym doskonale. To kumple, których pozdrawiam serdecznie (zaszalałem, chcieli poznać adres bloga i fotobloga, to podałem :-) ) i chcią Was poznać koniecznie :-) - planning?? ;-) no dobra, nie róbmy sobie nadziei, szybko nie przyjadą, choć kontakt mailowy jest do dzisiaj i - według zapewnień - pozostanie :-)
Nie będę więcej pisał, bo w sumie to nie zmieściłbym w 30 stronach tego, co mógłbym o EMA napisać. Tego, jak wiele wątpliwości mi ten dzień dał (pozytywnych, ale jednak wątpliwości) i jak wiele mam na głowie przez to. Dawno nie czułem się tak rozdarty... Wiem, jakie są Wasze rady, ale znacie moje argumenty i też nie macie nic na ich zbicie, czyż nie? Życie nam pokaże co zrobić powinno się :-) I hope so przynajmniej...
Jejku, jak ja nie lubię tego łączenia języków w jednym zdaniu... :P
Kończę więc i idę się skarcić przy muzyce... wiecie jakiej. ;-)
T
Musicie wybaczyć, zresztą i tak wszystko wiecie. Co się dzieje, gdzie się dzieje... i te takie wszystkie inne :-)
Cieszę się, że R już jest z nami - Chłopaku razem nic nie jest w stanie nas złamać, czyż nie? :-)
Wiele się wydarzyło... były dylematy, moralne rozmowy, dwuznaczne maile... imprezy też.
Niestety chyba przekonałem się (i znowu trzeba użyć słowa 'niestety') po raz kolejny, że część tego gatunku ludzkiego to czyści materialiści. Dlaczego właściwie mówi się "czyści"? Przecież to najbrudniejsi z nas wszystkich... Są mili, żartobliwi, wszystko im pasuje, śmieją się, chcą nas kupić... ale mają cel jeden - swój własny zakichany interes. O nie... nie ze mną te numery, za dużo już przeżyłem :-) Więc jeśli ktoś myśli, że uda się mu mnie kupić - myli się sromotnie i zapewne prędzej czy później boleśnie się o tym przekona :-)
Tak, Moi Drodzy, poza Wami niestety znalazł się taki jeden, co to niby miły i w ogóle, ale okazało się, że tylko dla własnego interesu... UPS! Nie udało mu się :-))
Dobrze, że nauczyłem się trzymać zaufanie dla niewielu, o jak dobrze...
Poza tym była Eska Music Awards jak wiecie... dzień bardzo męczący, bo już od południa wśród VIPów i gwiazd :-) bynajmniej nie dlatego był męczący. Było miło, wszystkie sprawy załatwione i nie bądźcie juz zazdrośni o Mansa i Piotrka :-) O Patrycję też nie :-)
Was nikt nie zastąpi i wiecie o tym doskonale. To kumple, których pozdrawiam serdecznie (zaszalałem, chcieli poznać adres bloga i fotobloga, to podałem :-) ) i chcią Was poznać koniecznie :-) - planning?? ;-) no dobra, nie róbmy sobie nadziei, szybko nie przyjadą, choć kontakt mailowy jest do dzisiaj i - według zapewnień - pozostanie :-)
Nie będę więcej pisał, bo w sumie to nie zmieściłbym w 30 stronach tego, co mógłbym o EMA napisać. Tego, jak wiele wątpliwości mi ten dzień dał (pozytywnych, ale jednak wątpliwości) i jak wiele mam na głowie przez to. Dawno nie czułem się tak rozdarty... Wiem, jakie są Wasze rady, ale znacie moje argumenty i też nie macie nic na ich zbicie, czyż nie? Życie nam pokaże co zrobić powinno się :-) I hope so przynajmniej...
Jejku, jak ja nie lubię tego łączenia języków w jednym zdaniu... :P
Kończę więc i idę się skarcić przy muzyce... wiecie jakiej. ;-)
T
niedziela, 9 marca 2008
Brokeback Mountain - Fanvid: Good-bye My Lover
Zakochany w filmie...
tak prawdziwym...
tak podobnym do życia...
bez względu na orientację przecież...
;(
sobota, 1 marca 2008
piątek, 29 lutego 2008
przerwa...
chwilę mnie nie było... wybaczcie, bo wiecie dlaczego...
wybaczcie milczenie, wybaczcie zmianę, niechęć, smutek...
dajcie mi czas i wierzcie razem ze mną...
przecież musi być dobrze... w końcu musi być dobrze!!
R. musi do nas wrócić, nie ma innego wyjścia...
ten weekend to weekend próby... on na pewno chce i na pewno tą próbę przejdzie tak, jak powinien... a wtedy... a wtedy już z nami będzie, już porozmawia... uśmiechnie się...
tak trudno mi patrzeć, mówić do niego, kiedy nie odpowiada...
tak ciężko wspierać, kiedy sam motam się z myślami...
tak uparcie negatywne mysli przedzierają się do głowy...
wierzę, że to ostatni taki dzień, dłużej czekać nie możemy...
musimy go odzyskać... decydujące starcie może trwać godzinę, ale i trzy dni...
ważne, żeby je wygrać!
tak będzie! prawda...?
;(
wybaczcie milczenie, wybaczcie zmianę, niechęć, smutek...
dajcie mi czas i wierzcie razem ze mną...
przecież musi być dobrze... w końcu musi być dobrze!!
R. musi do nas wrócić, nie ma innego wyjścia...
ten weekend to weekend próby... on na pewno chce i na pewno tą próbę przejdzie tak, jak powinien... a wtedy... a wtedy już z nami będzie, już porozmawia... uśmiechnie się...
tak trudno mi patrzeć, mówić do niego, kiedy nie odpowiada...
tak ciężko wspierać, kiedy sam motam się z myślami...
tak uparcie negatywne mysli przedzierają się do głowy...
wierzę, że to ostatni taki dzień, dłużej czekać nie możemy...
musimy go odzyskać... decydujące starcie może trwać godzinę, ale i trzy dni...
ważne, żeby je wygrać!
tak będzie! prawda...?
;(
sobota, 12 stycznia 2008
Sukcesy i porażki
Jeśli nie chcesz mieć swojego udziału w klęskach,
nie będziesz miał go też w zwycięstwach
To powiedział kiedyś ktoś bardzo mądry, a teraz życie pokazuje nam, jak bardzo prawdziwe są te słowa. Dlatego właśnie warto czasami zastanowić się nad naszą lojalnością wobec drugiego człowieka albo wobec tego, co robimy.
Jesteśmy zadowoleni i dumni z odnoszonych przez nas sukcesów, a jeśli jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, kumplami, czy znajomymi, cieszymy się też z sukcesów bliskich nam (mniej lub bardziej) osób. A jak zachowujemy się, jeśli okazuje się, że ktoś z tych naszych ludków albo rzecz, którą robiliśmy, trafia na potężną górkę, pod którą nie może podejść i w efekcie robi krok w tył? Jak zachowujemy się w obliczu porażki naszych bliskich lub naszych własnych?
Większość z nas - to niestety smutna prawda - wycofuje się w cień, unika spojrzeń, słów krytyki, mówi "ale przecież to nie ja...".
Tak nie wolno! Każda porażka i każda krytyka ma swój wielki cel - mobilizację krytykowanego! Dlatego stając w obliczu klęski walczmy silniej i z większą armią, ale uwaga (!) nie bijąc na oślep. Przemyślmy działania i podnośmy się z klęski do zwycięstwa, a wtedy na pewno je osiągniemy. Co więcej nasze zwycięstwo będzie jeszcze bardziej spektakularne, a nasza pozycja wyjątkowo umocniona! Dlaczego? Bo...
Potykając się można zajść daleko;
nie wolno tylko upaść i nie podnieść się.
wtorek, 1 stycznia 2008
złudne postanowienia.
Mamy więc nowy rok. 2008, co więcej kolejny rok przestępny. Sylwester i Nowy Rok to dwa szczególne dni - temu też nikt nie zaprzecza. Szczególne nie tylko dlatego, że pierwszego szalejemy do nieprzytomności i zapominając o wszelkim rozsądku, a drugiego odsypiamy i zdrowieniejmy. Szczególne dlatego, że chyba w ciągu wszystkich 365 (tym razem 366) dni nie ma kolejnych tak refleksyjnych.
Przecież to właśnie 31. grudnia wspominamy, często analizujemy to, co spotkało nas w kończącym się roku. Dotyczy to zarówno nas, jak i naszego otoczenia. Po tej analizie jedni uronią łzę, inni będą się cieszyć, aż w końcu każdy zaczyna stawiać postanowienia. Nie warto. Dlaczego?
Udowodniono już, że to właśnie noworoczne postanowienia są tymi, których dotrzymujemy najrzadziej. Dlatego też coraz więcej z nas stawia sobie nie tyle postanowienia, ile plany. To już dobry krok.
Szczerze mówiąc nie lubię pierwszej części tego procesu - analizy przeszłości. Zwykle prowadzi do smutku, bo tacy już jesteśmy, że smutniejsze wydarzenia bardziej zapadają nam w pamięć. Dlatego właśnie nie lubię analizować przeszłości. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że wcale nie tak rzadko zachowywałem się jak egoista, co więcej raniłem przez to nawet najbliższych mojemu sercu. Jasne, że wtedy takim się to nie wydawało, a oni sami nie zwracali na to uwagi (w końcu na tym polega miłość), ale jednak przy tej analizie zrobiło mi się smutno i jakoś tak źle przez chwil kilka.
Przychodzi jednak lubiany przeze mnie już bardziej etap planowania. Nie robię daleko idących planów, jednak staram się zwrócić sam sobie uwagę na pewne detale i błędy - tylko po to, aby ich nie powielać.
Ten dzień był ważny w tym roku... inaczej niż w minionych latach, wiem jedno czas na zmiany i zamierzam realizować ten długoterminowy plan. Nie złudne postanowienie, ale plan - bez zapisów punktów wskazujących, ale z szerokim spectrum działań z jednym celem.
Dowolny sposób - ważny wynik.
Wiem, że mówicie mi "nie wolno Ci się zmieniać", "nie zmieniaj się" i inne... i nie zamierzam zmieniać się dla Was i dla tych, których kocham, ale czas przestać powtarza "I was a fool"...
Wiecie, jakie zmiany mam na myśli... wiecie to doskonale ;)
M, E, K, M - Wy moi od zawsze i na zawsze!! :)
Dziękuję Wam za ten rok i wierzę, że w końcu po dwóch kiepskich, czas i dla mnie (znowu egoistycznie, ale chyba raz można) przyszedł lepszy rok.
z zimowymi pozdrowieniami i gorącymi uściskami
T.
Subskrybuj:
Posty (Atom)