skryte zmienia adres zameldowania na:
piątek, 3 października 2008
poniedziałek, 29 września 2008
alarm!
Nie wiem właściwie… zupełnie nie wiem, co Wam napisać… Dlaczego? Bo znowu powiecie, że przesadzam albo coś w tym stylu… A mi jest źle :-(Kilka ostatnich dni było bardzo dziwnych – najpierw zawodowo miałem wrażenie, że nic nie znaczę i właściwie to „co ja tutaj robię”, a gdy już z tym było lepiej i znowu T. pokazał pazury w sytuacji właściwej, to walnęło się prywatnie :-(
Szczerze mówiąc chyba już nie mam na siebie lekarstwa. Nie wiem, co się dzieje, ale nic mi się nie chce, mam poczucie bezradności, bezsensu istnienia… do tego wszystkiego wciąż mocno mi brakuje Taty… wydawać się może inaczej, bo w końcu się uśmiecham, śmieję. Jednak w głębi duszy tak mocno mi go brakuje… Minęły już niemal 4 miesiące, a ja wciąż w to chyba nie wierzę… wizyty na cmentarzu mnie dobijają – czuję się, jak w innym świecie, jakbym śnił, a za chwilę miał się obudzić. Przechodzę przez bramę i… niestety nic się nie zmienia na lepsze :-(
Tak, wiem, to normalne i zdziwiłbym się, gdyby po pół roku pamięć po Tacie minęła. Nie minie nigdy, ale… jakoś mi z tym ciężko i nie chce być lżej. Chcę do niego chodzić, odwiedzać go i tak po prostu pogadać. Czasami sobie tłumaczę, że teraz mam takiego swojego orędownika tam na górze – trochę pomaga, co więcej czasami zdarzają się dziwne rzeczy wokół mnie… Nie wiem, czy mi wybaczył, bo miał co, jak każdy z nas, mam swoje winy, inaczej nie byłbym człowiekiem… tyle wątpliwości, pytań, domysłów… i brak choć jednej odpowiedzi… dlaczego tak musi być?! Dlaczego?! Czy kogoś interesuje to, że ja się na to nie zgadzam?! Mój protest to tylko płacz jednego z wielu – tak sądzę…
Dzisiaj minął kolejny dzień w pracy. Dzień, który zmartwił mnie jeszcze bardziej – nie rozbawiły mnie nawet rzeczy, które na co dzień nie mają z tym problemu! Sam pytam siebie „what;s going on?!”
Cały czas zrzucam na przesilenie jesienne, pogodę i takie tam inne, ale zaczynam się martwić, czy aby na pewno o to chodzi… :-(
Do tego muzyka… nie mam nastroju na nic innego, jak życiowe ballady, tragedie… NIE UMIEM TEGO PRZEŁAMAĆ! :-(
Znający się na rzeczy mówią, że to musi przeze mnie przejść, że minie, a moim zadaniem jest walczyć i pod żadnym pozorem się nie poddawać… staram się, kurcze, staram…
Mówią też, że to wina duszenia w sobie uczuć, żalu, płaczu przed pogrzebem i po nim… istotnie, to już bardziej wiarygodna teoria – nie chciałem płakać, słabnąć przy Mamie i Siostrze… udało się, ale teraz za to płacę? Może…
A może powinienem jednak przełamać swoje życie… zrobić coś, co od wielu miesięcy krąży mi po głowie, ale wciąż się obawiam? Może czas zmienić swoje życie…?
Z pozdrowieniami dla Was, Kochani,
T.
Szczerze mówiąc chyba już nie mam na siebie lekarstwa. Nie wiem, co się dzieje, ale nic mi się nie chce, mam poczucie bezradności, bezsensu istnienia… do tego wszystkiego wciąż mocno mi brakuje Taty… wydawać się może inaczej, bo w końcu się uśmiecham, śmieję. Jednak w głębi duszy tak mocno mi go brakuje… Minęły już niemal 4 miesiące, a ja wciąż w to chyba nie wierzę… wizyty na cmentarzu mnie dobijają – czuję się, jak w innym świecie, jakbym śnił, a za chwilę miał się obudzić. Przechodzę przez bramę i… niestety nic się nie zmienia na lepsze :-(
Tak, wiem, to normalne i zdziwiłbym się, gdyby po pół roku pamięć po Tacie minęła. Nie minie nigdy, ale… jakoś mi z tym ciężko i nie chce być lżej. Chcę do niego chodzić, odwiedzać go i tak po prostu pogadać. Czasami sobie tłumaczę, że teraz mam takiego swojego orędownika tam na górze – trochę pomaga, co więcej czasami zdarzają się dziwne rzeczy wokół mnie… Nie wiem, czy mi wybaczył, bo miał co, jak każdy z nas, mam swoje winy, inaczej nie byłbym człowiekiem… tyle wątpliwości, pytań, domysłów… i brak choć jednej odpowiedzi… dlaczego tak musi być?! Dlaczego?! Czy kogoś interesuje to, że ja się na to nie zgadzam?! Mój protest to tylko płacz jednego z wielu – tak sądzę…
Dzisiaj minął kolejny dzień w pracy. Dzień, który zmartwił mnie jeszcze bardziej – nie rozbawiły mnie nawet rzeczy, które na co dzień nie mają z tym problemu! Sam pytam siebie „what;s going on?!”
Cały czas zrzucam na przesilenie jesienne, pogodę i takie tam inne, ale zaczynam się martwić, czy aby na pewno o to chodzi… :-(
Do tego muzyka… nie mam nastroju na nic innego, jak życiowe ballady, tragedie… NIE UMIEM TEGO PRZEŁAMAĆ! :-(
Znający się na rzeczy mówią, że to musi przeze mnie przejść, że minie, a moim zadaniem jest walczyć i pod żadnym pozorem się nie poddawać… staram się, kurcze, staram…
Mówią też, że to wina duszenia w sobie uczuć, żalu, płaczu przed pogrzebem i po nim… istotnie, to już bardziej wiarygodna teoria – nie chciałem płakać, słabnąć przy Mamie i Siostrze… udało się, ale teraz za to płacę? Może…
A może powinienem jednak przełamać swoje życie… zrobić coś, co od wielu miesięcy krąży mi po głowie, ale wciąż się obawiam? Może czas zmienić swoje życie…?
Z pozdrowieniami dla Was, Kochani,
T.
piątek, 12 września 2008
optymistycznie pesymistyczny piątek
Jeśli powiem, że dzisiejszy dzień był dziwny, to i tak nie odda to tego, jak chciałbym go określić, niech więc będzie po najniższej linii oporu…
Zaczęło się straszliwie sennie – mgła na drodze, dzisiaj do pracy z kolegą autkiem, Łodzianin musiał obejść się bez nas… Łódź – Warszawa i niezwykle celne słowa B. „nudna ta droga”. Trudno się temu stwierdzeniu dziwić, ale po chwili zastanowiłem się nad tym, dlaczego akurat dzisiaj B. tak właśnie stwierdził… minęło… w firmie dzień zaczął się dość spokojnie, uśmiech Szefowej, który ładuje baterie. Usiadłem i standardowo „ALT + CTRL + DEL” na klawiaturze, hasło domenowe i już mam przed sobą pocztę… maile, maile… większość – „delete” (a jeszcze w lipcu były dla mnie jednymi z najważniejszych).
Wpadła MB – ta, która przeładowuje moje baterie i za co nigdy nie będę w stanie jej podziękować tak, żeby oddało to całą moją wdzięczność :-)
Chwila śmiechu… i dumania… wszystko w tym dniu byłoby bardzo fajne, gdyby nie jeden post na blogu Szefowej… przeczytałem go po 5 rano i do tej pory nie mogę odgonić od siebie myśli na jego temat… tak bardzo boję się, że słowa, które tam napisała dotyczą też mnie… a ja nie chcę już zmian, dopiero co przeszedłem jedną wielką, jeszcze się nie ułożyłem do końca, a Ona chyba szykuje mi/nam kolejną :-(
Tak mi z tym jakoś źle i smutno, ale nie chcę iść zapytać – dość, że w komentarzach mocno naciskałem, a przecież nie powinienem. Powie nam przecież… jak przyjdzie właściwy czas, czyli z moich dedukcji już całkiem niedługo. Chyba chciałbym już to usłyszeć, mieć za sobą… Nie wiem tylko, czy jeśli to zmiana, o której myślę, to ja jestem w stanie w firmie pozostać… Mam chyba dość zmian na jakiś czas. Stanowisko miłe mam, ale obowiązki dość zawiłe i bez Z. nie jestem chyba w stanie ich pociągnąć… Tak, wiem, nie mam przesądzone kto może być nowym, ale nie wierzę, że może być to ktoś lepszy do tej akurat pracy niż Z.
Nie wiem, mam nadzieję, że się mylę i wielkie zmiany, co do których Jej decyzje już zapadły, to nie to, co mam na myśli.
Te myśli tak naprawdę górowały i nadal będą górować nade mną – cóż, tak mam, że ludzie dla mnie ważni są w mojej głowie zawsze i wszędzie, a ich ewentualna utrata z otoczenia powoduje moją, w pewnym sensie, autodestrukcję.
Czekam więc na to, co usłyszę i czego się dowiem, a później będę się zastanawiał ewentualnie nad tym, gdzie jest moje miejsce… nie wiem, może przesadzam, nie wiem… martwię się jakoś i mi z tym źle :-(
Poza tym właściwie nie wiem co pisać, bo cały czas mnie trzyma to cholerne przeziębienie i chyba mam już i jego dosyć… :-/
…a post miał być optymistyczny – chyba nie wyszło, a bezsensu… :/
Zaczęło się straszliwie sennie – mgła na drodze, dzisiaj do pracy z kolegą autkiem, Łodzianin musiał obejść się bez nas… Łódź – Warszawa i niezwykle celne słowa B. „nudna ta droga”. Trudno się temu stwierdzeniu dziwić, ale po chwili zastanowiłem się nad tym, dlaczego akurat dzisiaj B. tak właśnie stwierdził… minęło… w firmie dzień zaczął się dość spokojnie, uśmiech Szefowej, który ładuje baterie. Usiadłem i standardowo „ALT + CTRL + DEL” na klawiaturze, hasło domenowe i już mam przed sobą pocztę… maile, maile… większość – „delete” (a jeszcze w lipcu były dla mnie jednymi z najważniejszych).
Wpadła MB – ta, która przeładowuje moje baterie i za co nigdy nie będę w stanie jej podziękować tak, żeby oddało to całą moją wdzięczność :-)
Chwila śmiechu… i dumania… wszystko w tym dniu byłoby bardzo fajne, gdyby nie jeden post na blogu Szefowej… przeczytałem go po 5 rano i do tej pory nie mogę odgonić od siebie myśli na jego temat… tak bardzo boję się, że słowa, które tam napisała dotyczą też mnie… a ja nie chcę już zmian, dopiero co przeszedłem jedną wielką, jeszcze się nie ułożyłem do końca, a Ona chyba szykuje mi/nam kolejną :-(
Tak mi z tym jakoś źle i smutno, ale nie chcę iść zapytać – dość, że w komentarzach mocno naciskałem, a przecież nie powinienem. Powie nam przecież… jak przyjdzie właściwy czas, czyli z moich dedukcji już całkiem niedługo. Chyba chciałbym już to usłyszeć, mieć za sobą… Nie wiem tylko, czy jeśli to zmiana, o której myślę, to ja jestem w stanie w firmie pozostać… Mam chyba dość zmian na jakiś czas. Stanowisko miłe mam, ale obowiązki dość zawiłe i bez Z. nie jestem chyba w stanie ich pociągnąć… Tak, wiem, nie mam przesądzone kto może być nowym, ale nie wierzę, że może być to ktoś lepszy do tej akurat pracy niż Z.
Nie wiem, mam nadzieję, że się mylę i wielkie zmiany, co do których Jej decyzje już zapadły, to nie to, co mam na myśli.
Te myśli tak naprawdę górowały i nadal będą górować nade mną – cóż, tak mam, że ludzie dla mnie ważni są w mojej głowie zawsze i wszędzie, a ich ewentualna utrata z otoczenia powoduje moją, w pewnym sensie, autodestrukcję.
Czekam więc na to, co usłyszę i czego się dowiem, a później będę się zastanawiał ewentualnie nad tym, gdzie jest moje miejsce… nie wiem, może przesadzam, nie wiem… martwię się jakoś i mi z tym źle :-(
Poza tym właściwie nie wiem co pisać, bo cały czas mnie trzyma to cholerne przeziębienie i chyba mam już i jego dosyć… :-/
…a post miał być optymistyczny – chyba nie wyszło, a bezsensu… :/
środa, 10 września 2008
bad day, but...
Niestety w tym roku jesienne wirusy i bakterie dopadły mnie wcześniej. Mam nadzieję, że podobnie, jak przez ostatnie 4 lata, skończy się na kilku dniach. Od wczoraj już wspieram mój układ odpornościowy farmaceutykami…
Być może przez powyższe, a być może nie, dzień dzisiejszy minął mi dość dziwnie. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy był dobry, czy zły, odpowiedziałbym jeszcze przed godziną 20, że był w miarę… W sumie sporo zrobiłem w pracy, pomogłem kilku osobom (co oczywiście naładowało mi dalej baterie). Zapytacie zapewne, cóż stało się po 20…
Otóż przeczytałem wpis na blogu…
Ja mam chyba naprawdę nie do końca równo pod sufitem, bo czy można uznać za normalne to, że przywiązuję się do ludzi w tempie ekspresowym (zakładając oczywiście, że zbudowali we mnie zaufanie do siebie)? Przekonałem się właśnie teraz, że tak właśnie jest. Myślałem, że autor, a właściwie autorka owego bloga to osoba, z którą łączą mnie relacje sucho zawodowe. Okazuje się jednak, że są one zawodowe, ale T oczywiście musi już chcieć pomagać, czuje się odpowiedzialny za całe zło świata (wyolbrzymiając temat). Chciałbym móc ot tak zarazić kogoś optymizmem, ale się da. Pozostaje mi więc być i starać się pokazać, że jestem i można na mnie liczyć. Przecież te przeciwności losu często ustępują po zmianie naszego nastawienia, czyż nie?
Sam nie wierzę, że nadal mam taką ideę. Nawet teraz, po 3 miesiące po śmierci Taty, ale on też zawsze pokazywał mi, że nasze nastawienie to wiele, bardzo wiele – tego się więc trzymam, bo to zdaje egzamin, nawet jeśli uważamy to za banalne gadanie. Wiara w tym wypadku rzeczywiście potrafi zdziałać cuda…
Znowu zakręciłem, widzicie, to te emocje, ale serio mi troszkę mina posmutniała, bo nie lubię, jak ludzie dla mnie ważni (bez względu na relacje) mają kiepski nastrój i humor, ale gór nie przestawię niestety :-(
Idę do łóżka, kurować się dalej…
Nie proście o adres bloga, o którym piszę - nie czuję się upoważniony do jego publikowania :-)
Być może przez powyższe, a być może nie, dzień dzisiejszy minął mi dość dziwnie. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy był dobry, czy zły, odpowiedziałbym jeszcze przed godziną 20, że był w miarę… W sumie sporo zrobiłem w pracy, pomogłem kilku osobom (co oczywiście naładowało mi dalej baterie). Zapytacie zapewne, cóż stało się po 20…
Otóż przeczytałem wpis na blogu…
Ja mam chyba naprawdę nie do końca równo pod sufitem, bo czy można uznać za normalne to, że przywiązuję się do ludzi w tempie ekspresowym (zakładając oczywiście, że zbudowali we mnie zaufanie do siebie)? Przekonałem się właśnie teraz, że tak właśnie jest. Myślałem, że autor, a właściwie autorka owego bloga to osoba, z którą łączą mnie relacje sucho zawodowe. Okazuje się jednak, że są one zawodowe, ale T oczywiście musi już chcieć pomagać, czuje się odpowiedzialny za całe zło świata (wyolbrzymiając temat). Chciałbym móc ot tak zarazić kogoś optymizmem, ale się da. Pozostaje mi więc być i starać się pokazać, że jestem i można na mnie liczyć. Przecież te przeciwności losu często ustępują po zmianie naszego nastawienia, czyż nie?
Sam nie wierzę, że nadal mam taką ideę. Nawet teraz, po 3 miesiące po śmierci Taty, ale on też zawsze pokazywał mi, że nasze nastawienie to wiele, bardzo wiele – tego się więc trzymam, bo to zdaje egzamin, nawet jeśli uważamy to za banalne gadanie. Wiara w tym wypadku rzeczywiście potrafi zdziałać cuda…
Znowu zakręciłem, widzicie, to te emocje, ale serio mi troszkę mina posmutniała, bo nie lubię, jak ludzie dla mnie ważni (bez względu na relacje) mają kiepski nastrój i humor, ale gór nie przestawię niestety :-(
Idę do łóżka, kurować się dalej…
Nie proście o adres bloga, o którym piszę - nie czuję się upoważniony do jego publikowania :-)
czwartek, 4 września 2008
krótko po urlopie.
Znowu przez pewien czas milczałem… zauważyłem chyba pewną prawidłowość. Polega ona na tym, że za każdym razem, jak napiszę Wam kilka słów, wyleję swoje myśli, żale czy cokolwiek innego, to przychodzi taki czas, który jest wyciszony. Trwa on do kolejnej burzy myśli i chęci napisania posta… Może tak właśnie jest? Nie wiem, ale też nie zastanawiam się nad tym specjalnie, bo przecież nie o to chodzi…
1. września, niczym porządny uczeń, wróciłem do obowiązków zawodowych. Dzisiaj mamy 4. września, a ja czuję się tak, jakby minęły co najmniej 3 tygodnie od mojego urlopu…
Normalnie powiedziałbym „koszmar”, ale nie powiem. Cały ten mały wir, który zdaje się nabierać sił, wciągnął mnie od początku, a więc jest mi z nim całkiem dobrze. Mam co prawda znowu wiele obaw, strach przed „poradzę sobie” i temu podobne, ale walczę i wierzę, że wywalczę!
Mam świetne zaplecze wsparcia – Szefowa, która daje mi wiele czasu na wszystko, boję się ją zawieźć, tego panicznie wręcz się boję. Są współpracownicy, którzy wspierają mnie, ale są i tacy, na których niestety muszę uważać. Chyba jednak nauczyłem się już właściwie ich rozdzielać.
Życie więc sobie biegnie – ale inaczej niż biegło. Dlaczego? Rano wstaję, wychodzę, jadę na dworzec, wsiadam w pociąg, wysiadam w innym świecie (pisałem Wam o tym). Później to samo, tylko w drugą stroną. Nawet nie wyobrażacie sobie, o ile bardziej taka różnica światów daje odpocząć! Pracując w Łodzi i mieszkając w Łodzi nie czułem większej różnicy – teraz ją czuję i widzę! To fascynujące i rewelacyjne!
Działam więc dalej – z niektórymi z Was widzę się już jutro (Boże, nie mogę się doczekać!!), pozdrowienia Wam ślę gorące,
Wasz t.
1. września, niczym porządny uczeń, wróciłem do obowiązków zawodowych. Dzisiaj mamy 4. września, a ja czuję się tak, jakby minęły co najmniej 3 tygodnie od mojego urlopu…
Normalnie powiedziałbym „koszmar”, ale nie powiem. Cały ten mały wir, który zdaje się nabierać sił, wciągnął mnie od początku, a więc jest mi z nim całkiem dobrze. Mam co prawda znowu wiele obaw, strach przed „poradzę sobie” i temu podobne, ale walczę i wierzę, że wywalczę!
Mam świetne zaplecze wsparcia – Szefowa, która daje mi wiele czasu na wszystko, boję się ją zawieźć, tego panicznie wręcz się boję. Są współpracownicy, którzy wspierają mnie, ale są i tacy, na których niestety muszę uważać. Chyba jednak nauczyłem się już właściwie ich rozdzielać.
Życie więc sobie biegnie – ale inaczej niż biegło. Dlaczego? Rano wstaję, wychodzę, jadę na dworzec, wsiadam w pociąg, wysiadam w innym świecie (pisałem Wam o tym). Później to samo, tylko w drugą stroną. Nawet nie wyobrażacie sobie, o ile bardziej taka różnica światów daje odpocząć! Pracując w Łodzi i mieszkając w Łodzi nie czułem większej różnicy – teraz ją czuję i widzę! To fascynujące i rewelacyjne!
Działam więc dalej – z niektórymi z Was widzę się już jutro (Boże, nie mogę się doczekać!!), pozdrowienia Wam ślę gorące,
Wasz t.
sobota, 23 sierpnia 2008
półmetek urlopu...
Pierwszy tydzień urlopu właśnie mija… przede mną jeszcze jeden. Chyba trochę żałuję, że nie wziąłem sobie jednak trzech tygodni wolnego…
To „żałowanie” to właściwie stały element corocznego wypoczynku, więc minie za kilka dni.
Standardowo: nie umiem do końca oderwać się od pracy, ale tym razem to już apogeum. Może wynika to z faktu, że od sierpnia zmieniłem stanowisko pracy, na takie, które mocno mnie kręci? Do tego przez pierwsze dwa tygodnie sierpnia moja Szefowa była na urlopie, a ja miałem do zrobienia coś nowego, innego – zrobiłem, Szefowa wróciła, ja poszedłem na urlop no i… niepewność; czy aby wszystko dobrze? W porządku? Wczoraj na szczęście dowiedziałem się, że jest ok. i – cytuję: „wypoczywaj, bo czeka cię pracowita jesień”.
Z jednej strony zmartwiłem się, myśląc: „o Boże, boję się”, ale już za chwilę pomyślałem „w końcu coś innego, bez monotonii i fajnie”. Wierzę, że tak będzie :-)
Sprawy zawodowe niemal załatwione, obiecałem sobie, że drugi tydzień urlopu będzie spokojniejszy… tego się trzymam i wyjeżdżam :-)Postaram się pisać i wstawiać fotki, ale wiecie… ;-)
Pozdrowienia,
Tomek
P.S.
Łódź znowu się burzy w powietrzu :-(
To „żałowanie” to właściwie stały element corocznego wypoczynku, więc minie za kilka dni.
Standardowo: nie umiem do końca oderwać się od pracy, ale tym razem to już apogeum. Może wynika to z faktu, że od sierpnia zmieniłem stanowisko pracy, na takie, które mocno mnie kręci? Do tego przez pierwsze dwa tygodnie sierpnia moja Szefowa była na urlopie, a ja miałem do zrobienia coś nowego, innego – zrobiłem, Szefowa wróciła, ja poszedłem na urlop no i… niepewność; czy aby wszystko dobrze? W porządku? Wczoraj na szczęście dowiedziałem się, że jest ok. i – cytuję: „wypoczywaj, bo czeka cię pracowita jesień”.
Z jednej strony zmartwiłem się, myśląc: „o Boże, boję się”, ale już za chwilę pomyślałem „w końcu coś innego, bez monotonii i fajnie”. Wierzę, że tak będzie :-)
Sprawy zawodowe niemal załatwione, obiecałem sobie, że drugi tydzień urlopu będzie spokojniejszy… tego się trzymam i wyjeżdżam :-)Postaram się pisać i wstawiać fotki, ale wiecie… ;-)
Pozdrowienia,
Tomek
P.S.
Łódź znowu się burzy w powietrzu :-(
sobota, 16 sierpnia 2008
Subskrybuj:
Posty (Atom)