środa, 26 grudnia 2007

[']

Zawsze kiedyś przychodzi ten dzień,
w którym Twój przyjaciel spogląda Ci w oczy po raz ostatni
i nawet Twoja miłość,
chociażby była najsilniejsza nie jest w stanie tego zmienić...
[']

wtorek, 25 grudnia 2007

grudzień przemija...

Grudzień to dość specyficzny miesiąc - przynajmniej jak dla mnie. Taki... komercyjny dość mocno. Niby większość z nas wpada w wir zakupów, stajemy się mili, ale i nerwowi (takie podwójne zaprzeczenie sprzeczności). Kupujemy prezenty, czekamy na ostatnią chwilę. Szczerze mówiąc ja zawsze poddawałem się tej magii, ale zwykle z umiarem. Ten nasz biedny naród, wciąż narzekający na brak pieniędzy, wydaje je w tym miesiącu na potęgę!
Tak prawdę mówiąc prezenty dostawać jest super, ale najbardziej lubię je dawać - radość bliskich i przyjaciół - to jest dla mnie najlepszy prezent!
Ostatnie dni przed świętami spędziłem w Londynie... zupełnie inny kraj, inne miasto... zauroczyłem się tym, co tam się dzieje. Nie dość, że co chwila mijasz kogoś, kto mówi po polsku, to jeszcze na dodatek znajdujesz polskie reklamy i komercyjne sklepy (jedna z sieci hipermarketów na przykład podaje nawet polskie ceny!).
Spędziłem ten czas zupełnie inaczej, niż planowałem. Zupełnie zaskakująco, ale nie żałuję. Poznałem tego, kogo poznać chciałem. Przeżyłem coś, co - jak mi się wcześniej wydawało - zdarza się jedynie w filmach, a jednak! Z jednego spotkania zrobiły się trzy wspólne dni (nie licząc małych przerw). Niesamowite przeżycia i ... no właśnie nie umiem chyba tego nazwać. W każdym razie wszystko było niemal idealne, ale jednak myślałem o kimś innym dość często, a wyjazd miał pomóc zapomnieć, oderwać się... nie do końca się udało...
Wróciłem do kraju i... nagle zderzyłem się z czymś strasznie złym. Wyścig z czasem - tam również, ale spokojniejszy, uprzejmość - tam na 6, tu może na marne 3... można tak wymieniać długo. Ja wiem, że Anglia mnie zauroczyła, dobrze mieć kogoś, do kogo można pojechać właśnie tam...
Nie chcę negować Polski, ale wiecie, że ja nigdy patriotą wielkim nie byłem. Żeby nim być, trzeba czuć więź z krajem, trzeba wiedzieć, że jest coś, za co można zginąć, a co ja mam od tego kraju...?
Święta na półmetku, zaraz wszyscy objedzeni powiemy "święta, święta i po świętach", ale za rok kolejne, może znowu inne? Może z kimś innym...?
Najlepszego!

piątek, 7 grudnia 2007

I am a fool...

Widać marzenia i wyobraźnia nadal są we mnie mocno rozwinięte. Generalnie ze względów chociażby zawodowych cieszyłbym się, gdyby nie fakt, że powodują koszmar w sprawach i życiu prywatnym... Dopowiedziałem sobie, ułożyłem historię, planowałem chyba nawet pewne kroki i... bańka pękła, a ja znowu spadłem na twarda ziemię... cóż, bywa - życie...

Będę szczery - nie chce mi się nic, do tego znowu czułem się dziś zawodowo potraktowany, jak szczeniak, ale pokazałem, że ten szczeniak osiągnął więcej (dosyć miałem skromności wobec tych, którzy mnie traktowali jak...).
Nie wiem, czuję się pusty i jest mi źle, ale cóż... każdy bywa w dołkach. I nie mówcie mi proszę "będzie ok", bo wiecie, jak alergicznie reaguję na te banalne słowa, szeptane każdemu płaczącemu... może no comment tym razem?

Ktoś sobie pojechał i... i mi pusto, cicho i tak inaczej... ehhh...

a może zrealizować to, nad czym wciąż myślę? spakować się i wyjechać? może warto? może...?

Mans again, tak wiem, wiem - ale co ja mogę? :)

środa, 5 grudnia 2007

zakochałem się w jego płycie i muzyce...



a to tylko jedna z wielu...
słowa najbardziej życiowe, jakie od dawna słyszałem...
całkiem blisko spotkanie... - i za to też kocham swoją pracę :)

wtorek, 4 grudnia 2007

zastanawiające dni...

Minęło kilka dni... dni dość niezwykłych dla mnie. Czy coś się zmieniło? Na pewno, czy na lepsze? Nie wiem. I choć nie przepadam za tego typu odpowiedziami, zwłaszcza, jeśli dotyczą mnie, to jednak nic mądrzejszego nie jestem w stanie powiedzieć.
Chciałbym wykrzyczeć tak wiele, ale jednak nie wykrzyczę, nie powiem, bo nie chcę ranić. Zraniony byłem i wiem, jak to boli, poza tym mam pewne zasady, kieruję się swoim instynktem, który zawiódł mnie raz w życiu, ufam mu więc bardzo mocno.

Te dni przyniosły wiele. Wiele czasu z ... , wiele wspólnych przeżyć, długie rozmowy, na poważnie, a w chwilach zbytniego napięcia, przybierające obraz żartobliwych scenek. Jest upartą osobą, wciąż drąży, choć wie, że w 80% skazana jest na porażkę, nie rezygnuje jednak. Walczy jak rycerz - oddany i wierny. Ja jednak nadal mam jeden mocny argument, ten najsilniejszy. Jest on jednak zagadką, a dzisiaj dodał do swojej książki zagadek jeszcze jedną łamigłówkę. Argument ten (wybacz, że tak rzeczę), bawił się, a ja myślałem, trunki się lały, Osoba czuwała - jak na prawdziwego przyjaciela przystało. Nie zrobiła nic, choć mogła to, co chodzi jej po głowie od dawna. Kilka dni, kilka opowieści, kilka zdarzeń, wzajemna, przyjacielska zabawa i brykanie - to w skrócie kolejne minione dni, a obok praca i też ważne dla mnie decyzje (wierzę, że nie będę ich żałował). A. chce poznać scenariusz, który już został zagrany, ale czy jest w tym sens, czy fakt coś zmieni, bez względu jaki jest?
wolni strzelcy żyją... może brakuje im zobowiązań, aby przestali nimi być...?

Wciąż poszukujący rozwiązania swojej zagadki i wciąż myślący, że to, czego pragnie jest tak blisko, a co wciąż dorzuca nowy rebus, trudny do rozwiązania...
T.

poniedziałek, 26 listopada 2007

zima w Łodzi...

dzisiaj bez słów, lubię zimę i to piękno, które ze sobą niesie... i jeszcze kilka innych rzeczy... a że dzisiaj ktoś bardzo postarał się, żeby było mi lepiej, więc dziękuję TEJ OSOBIE, a Wam wszystkim za ciepłe słowa...



Łódź zimowa...

sobota, 24 listopada 2007

czas pożegnania...

... noc z soboty na niedzielę, godziną 0:05... niby zwykły wieczór... wróciłem z Warszawy, zmęczony więc byłem dość mocno... mój brat mniejszy, przyjaciel, jakich nie ma wśród ludzi (wybaczcie, ale to prawda) wstał, podszedł do mnie, usiadł i spojrzał dziwnym wzrokiem...

Od dwóch miesięcy mocno chorował, jednak ostatnie dni były spokojne, nawet bardzo spokojne, niestety ten spokój polegał też na mocnym słabnięciu, coraz trudniejszymi ruchami, jedzeniem, piciem... wszystkim... Nie miałem jednak ani ja, ani moja rodzina, problemu z pomocą mu w jedzeniu, piciu... generalnie życiu.

Tej nocy jednak... kiedy spojrzał na mnie, usiadłem obok niego, a on położył swoją mordkę na moich kolanach... spojrzał jeszcze na mnie, na swoją panią, na nas... nie wiem, ale słyszałem i widziałem słowo "żegnajcie". Miał w zwyczaju, jak się bał albo chciał być obok kogoś wtulania głowki między kolana kogoś z nas, tak charakterystycznie mocno... zrobił tej nocy i to, złapał dwa oddechy i... odszedł... ;(
A ja od prawie 24 już godzin nie umiem się pozbierać... ;(

Zawsze mówi się, że pies w domu, czy jakikolwiek inny zwierzak, to członek rodziny, ktoś nam bardzo bliski... ale dopiero po jego śmierci widzi się sens tych słów...

Był z nami 14 lat, 4 miesiące i 23 dni...

Wierzę w niebo dla każdego, kto stworzony został, egoistycznym jest myśleć, że jest ono tylko dla nas...
cytat z BG

Do zobaczenia więc, mordko... ;(

poniedziałek, 19 listopada 2007

Telemarketer - rozdarty

Telemarketer - definicja niby prosta. Jednak od kilku dni, ktoś w pewien sposób mi bliski i ważny dla mnie, zajął się zawodowo właśnie tym. Szczerze mówiąc nie zaskoczył mnie fakt, że od razu włączył mu się tak zwany moralniak. Twierdząc, że okłamuje on klienta, że nie mówi prawdy... To przypomina mi początki mojej pracy. Też tak miałem, choć stricte Telemarketerem nie byłem. Ot Konsultancina, którego jednym z zadań była również sprzedaż, ale tylko przy okazji załatwiania przez klienta innych spraw...
Każdy poważny człowiek, czyli istota inteligentna, ma uczucia i nimi w życiu się kieruje (nawet ci wielcy twardziele), inaczej są po prostu głupcami. Dlatego te moralniaki, jak zwykliśmy je u nas nazywać to rzecz normalna.
Trzeba jednak sporzeć na temat z drugiej strony. Konsument, klient, kupujący... czyli właśnie my... jesteśmy marionetkami, muchy i inne owady łapią się na lepy, my na świecące i pięknie brzmiące słowa "PROMOCJA", "TANIEJ", "TYLKO TERAZ!"... Zaprzeczycie? Głośno oczywiście tak, ale tak w głębi duszy... raczej nie... Co dziwne, nie otwierają nam się oczy nawet w sytuacji, gdy ten magiczny napis "TYLKO TERAZ!" dziwnie długo na półkach wisi, albo znika, zostawiając jednak tą unikalną cenę na zawsze.
Tacy jesteśmy i zapewne będziemy, inaczej nie bylibyśmy narodem, którym rządzi kapitalizm. Nie znaczy to, że jest nam źle, lepiej się przecież czujemy, bo kupiliśmy coś taniej, korzystniej i mamy to tylko my. Co z tego, że to tylko teoria? Uśmiechnięta hostessa powiedziała przecież, że warto, bo to okazja. Skorzystaliśmy i dobrze - kupujący zadowolony, sprzedawca również.
Po prostu lubimy słyszeć to, co usłyszeć chcemy - sprzedawca spełnia tylko nasze oczekiwania i nie okłamuje nas przecież, bo mówi to, co dla nas jest istotne...
Telemarketer to gość z klasą - sztuką nim być, w zgodzie z samym sobą i wiarą w to, co sprzedaję. Na szczęście ja nie muszę szkolić sprzedawców z nakazem kłamania, nie wyobrażam sobie, bo najważniejsze to sprawić, by klient czuł się dobrze i miał poczucie korzyści - a to nie jest trudne, bo każdy produkt korzyści ma mnóstwo - dla każdego inne.
Ja teraz, po 4 latach pracy w branży (obecnie z innej je strony) to wiem, ale czasu potrzeba wiele, żeby spojrzeć na to właśnie tak...
A.,trzymam kciuki! ;-)

niedziela, 18 listopada 2007

EURO 2008 - cieszące się dzieci

Cieszyć się mamy z czego, a i owszem. Gdybyśmy jednak spojrzeli trochę wstecz, okaże się, że ten określany dziś mianem "historycznego" awans do EURO 2008 nie jest powodem do radości. Mieliśmy już mnóstwo zachwycających chwil w polskiej piłce nożnej (a mówię to, jako wielki anty-fan tego sportu), po czym okazywało się, że to jednostkowe wzloty.
Mamy w ostatnim czasie sporo tych wzlotów, więc naturalnie cieszyć się powinniśmy, ja jednak będę się cieszył, jak coś na tych mistrzostwach osiągniemy. Sam awans to jest nic. Rozbawiły mnie komentarze prasy zachodniej, która wręcz śmieje się z nas - "cieszących się dzieci". Dla nich bowiem nie ma w tym nic niezwykłego. Zgadzam się z nimi w pełni.
Będę się więc cieszył, jak po znajdziemy się w półfinałach EURO 2008, bo iść tam i skomrpomitować się na pierwszym meczu to nie jest chwała, a do tego zdolni jesteśmy.
Wybaczcie, ale tak przecież jest i możecie nie zostawić na mnie suchej nitki, jednak historii nie zaprzeczycie...
Trzymam więc kciuki, bo wierzę, że się uda... chyba...

niedziela, 11 listopada 2007

magia...

Wiedziałem, że skrytykujecie :P
Tylko JC miał odwagę komentarzem... :>
oj... nie poznaję towarzystwa... :)

Niedziela mija... cały czas na spokojnie (bo chociaż zimę lubię, to jednak pogoda nie sprzyja na wypady). W domu posiedziałem więc, poczytałem, napisałem coś tam sobie, pomyślałem... i analizowałem sen :)
Dawno nie miałem tak realistycznego, który pozostałby tak dobrze w mojej pamięci, ale obudziłem się z uśmiechem... zacytowałbym... ja chcę jeszcze raz! ;)

Nie będe Wam go opowiadał, bo i po co :P

Pomyślałem sobie, że podczas naszych snów Marfeusz zabiera nas jednak w magiczny świat, w którym - jeśli tylko sami tego chcemy - możemy sobie odpocząć i zobaczyć to, na co czekamy, albo czego pragniemy (?). Czasami możemy nawet tego dotknąć - ja tak miałem dzisiaj i bardzo mi z tym dobrze...

Pozostał nam niedzielny wieczór, chyba wybiorę się na spacer (E, M, J - idziemy? :) )

A jutro kolejny tydzień, kolejny tydzień w pracy i... kto wie, co przyniesie...? ;)

sobota, 10 listopada 2007

nowy start...

Wielu z Was zapewne skrytykuje to, że użyłem magicznego przycisku "delete" i skasowałem historię bloga... Motywowałem Wam to jednak mocno i dla mnie arguemnty te mocne są... Dodam też, że motywatorem do zmiany stał się pewien A... :)

Mamy więc 10.11.2007 i czas zacząć od nowa...

Ostatnie dni w moim życiu nie były takimi, jak wcześniejsze. Co nie znaczy, że patrzę na świat teraz przez różowe okulary i jest wszystko piękne i cudowane. Niestety... ale czy to aby nie moja wina? Na to pytanie jeszcze pewnie przez długi czas nie będę w stanie odpowiedzieć, życie dokona właściwej weryfikacji...

wiem wiem, znowu ogólnikami i znowu zakręciłem... tak jednak jest i nie zmienię tego, bo temat życia trudny dla mnie niezwykle...