sobota, 23 sierpnia 2008

półmetek urlopu...

Pierwszy tydzień urlopu właśnie mija… przede mną jeszcze jeden. Chyba trochę żałuję, że nie wziąłem sobie jednak trzech tygodni wolnego…
To „żałowanie” to właściwie stały element corocznego wypoczynku, więc minie za kilka dni.

Standardowo: nie umiem do końca oderwać się od pracy, ale tym razem to już apogeum. Może wynika to z faktu, że od sierpnia zmieniłem stanowisko pracy, na takie, które mocno mnie kręci? Do tego przez pierwsze dwa tygodnie sierpnia moja Szefowa była na urlopie, a ja miałem do zrobienia coś nowego, innego – zrobiłem, Szefowa wróciła, ja poszedłem na urlop no i… niepewność; czy aby wszystko dobrze? W porządku? Wczoraj na szczęście dowiedziałem się, że jest ok. i – cytuję: „wypoczywaj, bo czeka cię pracowita jesień”.
Z jednej strony zmartwiłem się, myśląc: „o Boże, boję się”, ale już za chwilę pomyślałem „w końcu coś innego, bez monotonii i fajnie”. Wierzę, że tak będzie :-)
Sprawy zawodowe niemal załatwione, obiecałem sobie, że drugi tydzień urlopu będzie spokojniejszy… tego się trzymam i wyjeżdżam :-)Postaram się pisać i wstawiać fotki, ale wiecie… ;-)

Pozdrowienia,
Tomek

P.S.
Łódź znowu się burzy w powietrzu :-(

sobota, 16 sierpnia 2008

15.08.2008 - Łódź - tak się zaczęło...

...a to, co było później - znacie z anteny TVN24 itp.
Jestem na tym świecie od 25 lat i nie pamiętam czegoś takiego... :/

wtorek, 12 sierpnia 2008

inne życie? Warszawa i ja.

Pisząc to siedzę w pociągu i rozmyślam nad mijającym dniem (a zawodowo właściwie już zakończonym). Publikując go natomiast – będę już po tych przemyśleniach zapewne także.

Od kilku tygodni pracuję w Warszawie, dojeżdżając codziennie z Łodzi. Ile to się nie nasłuchałem wcześniej o tej złej, strasznej stolicy. Ludzie – niemalże monstra, które tylko czekają na mój błąd. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani (nie tylko fizycznie). To wszystko słyszałem wcześniej. Znacie mnie jednak na tyle, żeby wiedzieć, że takie gadanie jedynie mobilizuje mnie do tego, żeby spróbować…
Do tej pory znałem Warszawę tylko ze sporadycznych wizyt, najczęściej zawodowych i właśnie owych opowieści. Teraz, po kilku już tygodniach mogę jednoznacznie stwierdzić, że to, co wcześniej słyszałem to tylko bajki.
Jak w każdej bajce, tak i w tej jest źdźbło prawdy, tyle tylko, że owa prawda jest obecna w każdym większym mieście naszego kraju. Idąc według wcześniej wymienionej kolejności: ludzie – są i monstra, podobnie jak w Łodzi, którą znam od 25 lat swojego życia. Ulice i kierowcy – wiecznie zakorkowani – są owszem i tacy, ale nie tylko – znowu nic innego nie towarzyszy mi w moim rodzinnym mieście. Co do tych drugich, kierowców znaczy się, powiem więcej – nie powiem nigdy więcej, że Warszawiacy jeżdżą źle! Nigdzie nie spotkałem takiej kultury, jaką spotykam tutaj, a jeśli spryt i umiejętność współgrania na drodze nazywamy głupotą, to wybaczcie, ja się pod tą definicją nie podpisuję. Możecie teraz na mnie psioczyć, a proszę bardzo, że już mi w głowie się zakręciło, już mi stolica uderzyła… nic bardziej mylnego.
Ostatnie tygodnie pokazały mi jedynie, że słusznie postępuję, kiedy nie oceniam ludzi i rzeczy po pierwszych słowach czy czynach, a dopiero dokładnie ich/je poznając.
Ta zasada jest więc słuszną i nie zmienię jej :-)

Jest jednak coś, co odróżnia Warszawę znacząco w porównaniu do Łodzi – życie. Wiem, brzmi górnolotnie i bardzo ogólnikowo, ale właściwie zawiera wszystko, co mam na myśli. Tutaj tempo życia jest jakieś 4 razy większe niż w Łodzi; ludzie biegają, obijają torbami, laptopami i innymi sprawunkami. Najbardziej zaskakuje mnie jednak w tym wszystkim pewien porządek dnia, który zdaje się sprawdzać w przypadku każdego Warszawiaka - kawa, prasówka, praca, dom. Nie trzymam się jednak schematów, bo to błąd, więc nadmieniam to jedynie jako luźną myśl :-)
Życie jest jednak inne, bo w tym całym tempie i biegu jest czas na to, co najważniejsze – na zdrowie, jedzenie i życie.
Wyobrażacie sobie tłok w autobusie albo potrącenie się torbami na ulicy i uśmiech? Wyjątkowo życzliwe „przepraszam” z obu stron? Widzicie, a w Warszawie to jest, niemal zawsze – mimo tempa i pośpiechu…
Łodzianinem jednak się urodziłem i pozostanę – tego jestem pewien, ale warto zaczerpnąć od Warszawiaków tego, co dobre…

Wyszedł mi esej – ale mam nadzieję, że to wybaczycie :-)
Pozdrawiam kolejowo,
T.

P.S.
Urlop już za pasem, ale jakoś tak nie do końca się cieszę, miał być rodzinny, z Tatą też… ;-(

środa, 6 sierpnia 2008

nowe i ja...


Podsumowując pierwsze dni nowej pracy i nowych obowiązków mógłbym powiedzieć… a właściwie nie mógłbym powiedzieć w dwóch słowach.

Niby ta sama firma, a tak inaczej – do tego pory pracowałem z dala od Wielkiego Świata Tej Firmy, teraz jestem tuż obok. Czy to minus? Nie sądzę. Ogólnie mijają sobie po kolei dni, mam sporo na głowie, ale wszystko jakieś takie bliskie mi się wydaje. Oby tylko mnie to nie zgubiło. Moja Szefowa na urlopie, a zaraz potem idę na urlop ja sam. To mobilizuje do działania i samodzielności. Dumne obowiązki i projekty, ale i ogromna odpowiedzialność. W końcu zawsze lubiłem wyzwania, prawda?

Dzisiaj na przykład pierwszy raz wymieniłem kilka maili w sprawach zawodowych z osobami z daleka. Bałem się tego nieszczęsnego angielskiego i okazało się, że… dobrze idzie nam dogadywanie się mailami. Kolejny kamyczek na szalę „jest ok., mogę czuć się spokojnie”.
Moja czujność jednak nie zasypia, bo w końcu może to być jedynie mała zmyłka, a takiej wpadki nie chcemy.

Teraz czuję sens biznesowy – spotkania, Outlook i inne kalendarze to rzecz właściwie niezbędna w codziennej pracy (kiedyś mnie to bawiło, a teraz proszę…).

Chciałbym – przyznaję, że zachęcony – zwiedzić kawałek stolicy, która niby obca do końca mi nie jest, ale jednak kryje mnóstwo tajemnic i ciekawych miejsc. Nie znam ich wszystkich, ale to też mobilizacja do zmiany tego stanu rzeczy.

Wiem jedno – minęło półtora tygodnia, a ja:
1. później wychodzę i wcześniej wracam do domu
2. podróż trwa o 17 minut więcej niż poprzednio
3. mam na sobie ogromną odpowiedzialność, ale i mobilizację i w efekcie spokojniejszą i 4. wyrównaną pracę (za niczym nie trzeba gonić, zero monotonii)

Możecie mówić, że to efekt chwilowy, ale mi z nim dobrze i wierzę, że tak pozostanie.Z takimi współpracownikami i Szefostwem – aż się chce.

Trzymajcie się,
W nastroju mocno przedurlopowym,
T. :-)

piątek, 1 sierpnia 2008

od dziś komunikuję i wyzwania podejmuję

Stało się… mamy 1. sierpnia 2008. Dzień ten na pewno zapisze się w mojej pamięci. Dlaczego? O zmianach pisałem i choć właściwie trwają już od poniedziałku, a właściwie to nawet wcześniej, to jednak dziś dopiero formalnie stały się faktem.
Dostałem projekty, zadania – już mnie wciągnęły, polubiłem je i wierzę, że tak samo będzie z ich realizacją. Zanim jednak do realizacji przejdziemy, czas zrobić plan działań i to moje zadanie na start. Poznaję tematy i ten świat, czas pokaże, czy moja intuicja wciąż ma rację :-)

Obawy wciąż są, ale wiem, że w Tych, którzy mi zaufali mam wsparcie i pomoc nawet wtedy, kiedy coś pójdzie nie tak, jak trzeba na starcie.

Gdyby kiedyś zdarzyło się, że właśnie Ty, Droga Szefowo, trafisz na te słowa (blog bez promocji z założenia, ale kto wie, kto wie czy los nie będzie tak chciał), to chcę podziękować raz jeszcze za zaufanie, szansę i obiecuję zrobić wszystko, by nie zawieść i pokazać, że potrafimy więcej niż wielu sądzi. :-)

Z pozdrowieniami,
Zaaferowany pozytywnie, T.