środa, 10 września 2008

bad day, but...

Niestety w tym roku jesienne wirusy i bakterie dopadły mnie wcześniej. Mam nadzieję, że podobnie, jak przez ostatnie 4 lata, skończy się na kilku dniach. Od wczoraj już wspieram mój układ odpornościowy farmaceutykami…

Być może przez powyższe, a być może nie, dzień dzisiejszy minął mi dość dziwnie. Gdyby mnie ktoś zapytał, czy był dobry, czy zły, odpowiedziałbym jeszcze przed godziną 20, że był w miarę… W sumie sporo zrobiłem w pracy, pomogłem kilku osobom (co oczywiście naładowało mi dalej baterie). Zapytacie zapewne, cóż stało się po 20…
Otóż przeczytałem wpis na blogu…

Ja mam chyba naprawdę nie do końca równo pod sufitem, bo czy można uznać za normalne to, że przywiązuję się do ludzi w tempie ekspresowym (zakładając oczywiście, że zbudowali we mnie zaufanie do siebie)? Przekonałem się właśnie teraz, że tak właśnie jest. Myślałem, że autor, a właściwie autorka owego bloga to osoba, z którą łączą mnie relacje sucho zawodowe. Okazuje się jednak, że są one zawodowe, ale T oczywiście musi już chcieć pomagać, czuje się odpowiedzialny za całe zło świata (wyolbrzymiając temat). Chciałbym móc ot tak zarazić kogoś optymizmem, ale się da. Pozostaje mi więc być i starać się pokazać, że jestem i można na mnie liczyć. Przecież te przeciwności losu często ustępują po zmianie naszego nastawienia, czyż nie?
Sam nie wierzę, że nadal mam taką ideę. Nawet teraz, po 3 miesiące po śmierci Taty, ale on też zawsze pokazywał mi, że nasze nastawienie to wiele, bardzo wiele – tego się więc trzymam, bo to zdaje egzamin, nawet jeśli uważamy to za banalne gadanie. Wiara w tym wypadku rzeczywiście potrafi zdziałać cuda…

Znowu zakręciłem, widzicie, to te emocje, ale serio mi troszkę mina posmutniała, bo nie lubię, jak ludzie dla mnie ważni (bez względu na relacje) mają kiepski nastrój i humor, ale gór nie przestawię niestety :-(

Idę do łóżka, kurować się dalej…
Nie proście o adres bloga, o którym piszę - nie czuję się upoważniony do jego publikowania :-)

Brak komentarzy: