Nie wiem właściwie… zupełnie nie wiem, co Wam napisać… Dlaczego? Bo znowu powiecie, że przesadzam albo coś w tym stylu… A mi jest źle :-(Kilka ostatnich dni było bardzo dziwnych – najpierw zawodowo miałem wrażenie, że nic nie znaczę i właściwie to „co ja tutaj robię”, a gdy już z tym było lepiej i znowu T. pokazał pazury w sytuacji właściwej, to walnęło się prywatnie :-(
Szczerze mówiąc chyba już nie mam na siebie lekarstwa. Nie wiem, co się dzieje, ale nic mi się nie chce, mam poczucie bezradności, bezsensu istnienia… do tego wszystkiego wciąż mocno mi brakuje Taty… wydawać się może inaczej, bo w końcu się uśmiecham, śmieję. Jednak w głębi duszy tak mocno mi go brakuje… Minęły już niemal 4 miesiące, a ja wciąż w to chyba nie wierzę… wizyty na cmentarzu mnie dobijają – czuję się, jak w innym świecie, jakbym śnił, a za chwilę miał się obudzić. Przechodzę przez bramę i… niestety nic się nie zmienia na lepsze :-(
Tak, wiem, to normalne i zdziwiłbym się, gdyby po pół roku pamięć po Tacie minęła. Nie minie nigdy, ale… jakoś mi z tym ciężko i nie chce być lżej. Chcę do niego chodzić, odwiedzać go i tak po prostu pogadać. Czasami sobie tłumaczę, że teraz mam takiego swojego orędownika tam na górze – trochę pomaga, co więcej czasami zdarzają się dziwne rzeczy wokół mnie… Nie wiem, czy mi wybaczył, bo miał co, jak każdy z nas, mam swoje winy, inaczej nie byłbym człowiekiem… tyle wątpliwości, pytań, domysłów… i brak choć jednej odpowiedzi… dlaczego tak musi być?! Dlaczego?! Czy kogoś interesuje to, że ja się na to nie zgadzam?! Mój protest to tylko płacz jednego z wielu – tak sądzę…
Dzisiaj minął kolejny dzień w pracy. Dzień, który zmartwił mnie jeszcze bardziej – nie rozbawiły mnie nawet rzeczy, które na co dzień nie mają z tym problemu! Sam pytam siebie „what;s going on?!”
Cały czas zrzucam na przesilenie jesienne, pogodę i takie tam inne, ale zaczynam się martwić, czy aby na pewno o to chodzi… :-(
Do tego muzyka… nie mam nastroju na nic innego, jak życiowe ballady, tragedie… NIE UMIEM TEGO PRZEŁAMAĆ! :-(
Znający się na rzeczy mówią, że to musi przeze mnie przejść, że minie, a moim zadaniem jest walczyć i pod żadnym pozorem się nie poddawać… staram się, kurcze, staram…
Mówią też, że to wina duszenia w sobie uczuć, żalu, płaczu przed pogrzebem i po nim… istotnie, to już bardziej wiarygodna teoria – nie chciałem płakać, słabnąć przy Mamie i Siostrze… udało się, ale teraz za to płacę? Może…
A może powinienem jednak przełamać swoje życie… zrobić coś, co od wielu miesięcy krąży mi po głowie, ale wciąż się obawiam? Może czas zmienić swoje życie…?
Z pozdrowieniami dla Was, Kochani,
T.
Szczerze mówiąc chyba już nie mam na siebie lekarstwa. Nie wiem, co się dzieje, ale nic mi się nie chce, mam poczucie bezradności, bezsensu istnienia… do tego wszystkiego wciąż mocno mi brakuje Taty… wydawać się może inaczej, bo w końcu się uśmiecham, śmieję. Jednak w głębi duszy tak mocno mi go brakuje… Minęły już niemal 4 miesiące, a ja wciąż w to chyba nie wierzę… wizyty na cmentarzu mnie dobijają – czuję się, jak w innym świecie, jakbym śnił, a za chwilę miał się obudzić. Przechodzę przez bramę i… niestety nic się nie zmienia na lepsze :-(
Tak, wiem, to normalne i zdziwiłbym się, gdyby po pół roku pamięć po Tacie minęła. Nie minie nigdy, ale… jakoś mi z tym ciężko i nie chce być lżej. Chcę do niego chodzić, odwiedzać go i tak po prostu pogadać. Czasami sobie tłumaczę, że teraz mam takiego swojego orędownika tam na górze – trochę pomaga, co więcej czasami zdarzają się dziwne rzeczy wokół mnie… Nie wiem, czy mi wybaczył, bo miał co, jak każdy z nas, mam swoje winy, inaczej nie byłbym człowiekiem… tyle wątpliwości, pytań, domysłów… i brak choć jednej odpowiedzi… dlaczego tak musi być?! Dlaczego?! Czy kogoś interesuje to, że ja się na to nie zgadzam?! Mój protest to tylko płacz jednego z wielu – tak sądzę…
Dzisiaj minął kolejny dzień w pracy. Dzień, który zmartwił mnie jeszcze bardziej – nie rozbawiły mnie nawet rzeczy, które na co dzień nie mają z tym problemu! Sam pytam siebie „what;s going on?!”
Cały czas zrzucam na przesilenie jesienne, pogodę i takie tam inne, ale zaczynam się martwić, czy aby na pewno o to chodzi… :-(
Do tego muzyka… nie mam nastroju na nic innego, jak życiowe ballady, tragedie… NIE UMIEM TEGO PRZEŁAMAĆ! :-(
Znający się na rzeczy mówią, że to musi przeze mnie przejść, że minie, a moim zadaniem jest walczyć i pod żadnym pozorem się nie poddawać… staram się, kurcze, staram…
Mówią też, że to wina duszenia w sobie uczuć, żalu, płaczu przed pogrzebem i po nim… istotnie, to już bardziej wiarygodna teoria – nie chciałem płakać, słabnąć przy Mamie i Siostrze… udało się, ale teraz za to płacę? Może…
A może powinienem jednak przełamać swoje życie… zrobić coś, co od wielu miesięcy krąży mi po głowie, ale wciąż się obawiam? Może czas zmienić swoje życie…?
Z pozdrowieniami dla Was, Kochani,
T.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz