poniedziałek, 26 listopada 2007

zima w Łodzi...

dzisiaj bez słów, lubię zimę i to piękno, które ze sobą niesie... i jeszcze kilka innych rzeczy... a że dzisiaj ktoś bardzo postarał się, żeby było mi lepiej, więc dziękuję TEJ OSOBIE, a Wam wszystkim za ciepłe słowa...



Łódź zimowa...

sobota, 24 listopada 2007

czas pożegnania...

... noc z soboty na niedzielę, godziną 0:05... niby zwykły wieczór... wróciłem z Warszawy, zmęczony więc byłem dość mocno... mój brat mniejszy, przyjaciel, jakich nie ma wśród ludzi (wybaczcie, ale to prawda) wstał, podszedł do mnie, usiadł i spojrzał dziwnym wzrokiem...

Od dwóch miesięcy mocno chorował, jednak ostatnie dni były spokojne, nawet bardzo spokojne, niestety ten spokój polegał też na mocnym słabnięciu, coraz trudniejszymi ruchami, jedzeniem, piciem... wszystkim... Nie miałem jednak ani ja, ani moja rodzina, problemu z pomocą mu w jedzeniu, piciu... generalnie życiu.

Tej nocy jednak... kiedy spojrzał na mnie, usiadłem obok niego, a on położył swoją mordkę na moich kolanach... spojrzał jeszcze na mnie, na swoją panią, na nas... nie wiem, ale słyszałem i widziałem słowo "żegnajcie". Miał w zwyczaju, jak się bał albo chciał być obok kogoś wtulania głowki między kolana kogoś z nas, tak charakterystycznie mocno... zrobił tej nocy i to, złapał dwa oddechy i... odszedł... ;(
A ja od prawie 24 już godzin nie umiem się pozbierać... ;(

Zawsze mówi się, że pies w domu, czy jakikolwiek inny zwierzak, to członek rodziny, ktoś nam bardzo bliski... ale dopiero po jego śmierci widzi się sens tych słów...

Był z nami 14 lat, 4 miesiące i 23 dni...

Wierzę w niebo dla każdego, kto stworzony został, egoistycznym jest myśleć, że jest ono tylko dla nas...
cytat z BG

Do zobaczenia więc, mordko... ;(

poniedziałek, 19 listopada 2007

Telemarketer - rozdarty

Telemarketer - definicja niby prosta. Jednak od kilku dni, ktoś w pewien sposób mi bliski i ważny dla mnie, zajął się zawodowo właśnie tym. Szczerze mówiąc nie zaskoczył mnie fakt, że od razu włączył mu się tak zwany moralniak. Twierdząc, że okłamuje on klienta, że nie mówi prawdy... To przypomina mi początki mojej pracy. Też tak miałem, choć stricte Telemarketerem nie byłem. Ot Konsultancina, którego jednym z zadań była również sprzedaż, ale tylko przy okazji załatwiania przez klienta innych spraw...
Każdy poważny człowiek, czyli istota inteligentna, ma uczucia i nimi w życiu się kieruje (nawet ci wielcy twardziele), inaczej są po prostu głupcami. Dlatego te moralniaki, jak zwykliśmy je u nas nazywać to rzecz normalna.
Trzeba jednak sporzeć na temat z drugiej strony. Konsument, klient, kupujący... czyli właśnie my... jesteśmy marionetkami, muchy i inne owady łapią się na lepy, my na świecące i pięknie brzmiące słowa "PROMOCJA", "TANIEJ", "TYLKO TERAZ!"... Zaprzeczycie? Głośno oczywiście tak, ale tak w głębi duszy... raczej nie... Co dziwne, nie otwierają nam się oczy nawet w sytuacji, gdy ten magiczny napis "TYLKO TERAZ!" dziwnie długo na półkach wisi, albo znika, zostawiając jednak tą unikalną cenę na zawsze.
Tacy jesteśmy i zapewne będziemy, inaczej nie bylibyśmy narodem, którym rządzi kapitalizm. Nie znaczy to, że jest nam źle, lepiej się przecież czujemy, bo kupiliśmy coś taniej, korzystniej i mamy to tylko my. Co z tego, że to tylko teoria? Uśmiechnięta hostessa powiedziała przecież, że warto, bo to okazja. Skorzystaliśmy i dobrze - kupujący zadowolony, sprzedawca również.
Po prostu lubimy słyszeć to, co usłyszeć chcemy - sprzedawca spełnia tylko nasze oczekiwania i nie okłamuje nas przecież, bo mówi to, co dla nas jest istotne...
Telemarketer to gość z klasą - sztuką nim być, w zgodzie z samym sobą i wiarą w to, co sprzedaję. Na szczęście ja nie muszę szkolić sprzedawców z nakazem kłamania, nie wyobrażam sobie, bo najważniejsze to sprawić, by klient czuł się dobrze i miał poczucie korzyści - a to nie jest trudne, bo każdy produkt korzyści ma mnóstwo - dla każdego inne.
Ja teraz, po 4 latach pracy w branży (obecnie z innej je strony) to wiem, ale czasu potrzeba wiele, żeby spojrzeć na to właśnie tak...
A.,trzymam kciuki! ;-)

niedziela, 18 listopada 2007

EURO 2008 - cieszące się dzieci

Cieszyć się mamy z czego, a i owszem. Gdybyśmy jednak spojrzeli trochę wstecz, okaże się, że ten określany dziś mianem "historycznego" awans do EURO 2008 nie jest powodem do radości. Mieliśmy już mnóstwo zachwycających chwil w polskiej piłce nożnej (a mówię to, jako wielki anty-fan tego sportu), po czym okazywało się, że to jednostkowe wzloty.
Mamy w ostatnim czasie sporo tych wzlotów, więc naturalnie cieszyć się powinniśmy, ja jednak będę się cieszył, jak coś na tych mistrzostwach osiągniemy. Sam awans to jest nic. Rozbawiły mnie komentarze prasy zachodniej, która wręcz śmieje się z nas - "cieszących się dzieci". Dla nich bowiem nie ma w tym nic niezwykłego. Zgadzam się z nimi w pełni.
Będę się więc cieszył, jak po znajdziemy się w półfinałach EURO 2008, bo iść tam i skomrpomitować się na pierwszym meczu to nie jest chwała, a do tego zdolni jesteśmy.
Wybaczcie, ale tak przecież jest i możecie nie zostawić na mnie suchej nitki, jednak historii nie zaprzeczycie...
Trzymam więc kciuki, bo wierzę, że się uda... chyba...

niedziela, 11 listopada 2007

magia...

Wiedziałem, że skrytykujecie :P
Tylko JC miał odwagę komentarzem... :>
oj... nie poznaję towarzystwa... :)

Niedziela mija... cały czas na spokojnie (bo chociaż zimę lubię, to jednak pogoda nie sprzyja na wypady). W domu posiedziałem więc, poczytałem, napisałem coś tam sobie, pomyślałem... i analizowałem sen :)
Dawno nie miałem tak realistycznego, który pozostałby tak dobrze w mojej pamięci, ale obudziłem się z uśmiechem... zacytowałbym... ja chcę jeszcze raz! ;)

Nie będe Wam go opowiadał, bo i po co :P

Pomyślałem sobie, że podczas naszych snów Marfeusz zabiera nas jednak w magiczny świat, w którym - jeśli tylko sami tego chcemy - możemy sobie odpocząć i zobaczyć to, na co czekamy, albo czego pragniemy (?). Czasami możemy nawet tego dotknąć - ja tak miałem dzisiaj i bardzo mi z tym dobrze...

Pozostał nam niedzielny wieczór, chyba wybiorę się na spacer (E, M, J - idziemy? :) )

A jutro kolejny tydzień, kolejny tydzień w pracy i... kto wie, co przyniesie...? ;)

sobota, 10 listopada 2007

nowy start...

Wielu z Was zapewne skrytykuje to, że użyłem magicznego przycisku "delete" i skasowałem historię bloga... Motywowałem Wam to jednak mocno i dla mnie arguemnty te mocne są... Dodam też, że motywatorem do zmiany stał się pewien A... :)

Mamy więc 10.11.2007 i czas zacząć od nowa...

Ostatnie dni w moim życiu nie były takimi, jak wcześniejsze. Co nie znaczy, że patrzę na świat teraz przez różowe okulary i jest wszystko piękne i cudowane. Niestety... ale czy to aby nie moja wina? Na to pytanie jeszcze pewnie przez długi czas nie będę w stanie odpowiedzieć, życie dokona właściwej weryfikacji...

wiem wiem, znowu ogólnikami i znowu zakręciłem... tak jednak jest i nie zmienię tego, bo temat życia trudny dla mnie niezwykle...